W poprzednich odcinkach opisałem już wiele drzew, które poddawaliśmy różnym zabiegom. Dzięki nim przetrwały wiele lat, ciesząc nie tylko moje oko. Jest jeszcze druga grupa drzew, z której jestem równie dumny, to te, które udało mi się uratować dzięki….. umiejętnej argumentacji. Pozostały w środowisku dzięki temu, że udało mi się przekonać osobę/(y) decydującą o losie drzewa (w postaci urzędnika, projektanta, osoby prywatnej etc. etc.), aby drzewu dać szansę! Często nie były to żadne stare, efektowne pomniki przyrody, tylko zwykłe-niezwykłe drzewka. Ale frajda z ich uratowania była dla mnie zawsze bardzo wielka! Natomiast z chwilą, gdy powiększyliśmy zakres naszych usług w firmie i zaczęliśmy wykonywać opinie i ekspertyzy, ilość szans na taką formę uratowania drzewa znacznie się zwiększyła.
Jednym z pierwszych „wynegocjowanych”, acz niezbyt efektownych, drzew jest sosna rosnąca na skrzyżowaniu ul. Żeromskiego i Al. Mickiewicza w Łodzi. Znana jest ona najbardziej rowerzystom, bowiem obok niej przebiega ścieżka rowerowa, jedna z pierwszych, która powstała w naszym mieście na początku lat 90-tych, powiązana zresztą z torem dla rowerów górskich, położonym niedaleko na terenie Parku Poniatowskiego.

Na jednym z kursów w Boguchwale pod koniec 1990 roku poznałem Marka Lipieckiego z Koszalina. Był w tym czasie Kierownikiem w Zarządzie Dróg Wojewódzkich w Koszalinie, na którego terenie znajdowała się aleja bukowa – pomnik przyrody, przy drodze wojewódzkiej z Koszalina do Bytowa. Podzielił się ze mną swoimi problemami z nią związanymi i zaprosił do Koszalina. Pojechaliśmy tam z Klimkiem na początku 1991 roku, nie przypuszczając, że w ten sposób „wiążemy” swoje zawodowe (i nie tylko) losy z tym regionem Polski na kilkadziesiąt lat! Zobaczyłem wtedy pierwszy z wielu, jakie miałam okazję później zobaczyć w tamtym regionie, skarb „naszej przyrody”! Piszę naszej, boć to przecież od II wojny tereny Polski, a poza tym „naszej”, czyli… (dam z grubej rury a co mi tam, obiekt jest tego wart) … ogólnoludzkiej!

Ten pierwszy rekonesans owocował ustaleniami wykonania w pierwszej kolejności inwentaryzacji całej pomnikowej alei, wraz z zaleceniami prac koniecznymi do wykonania, a następnie, w oparciu o te ustalenia, podjęcie przez Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody oraz Zarząd Dróg Wojewódzkich decyzji dotyczących ew. wykonania zalecanych prac.
Inwentaryzację wykonałem w okresie m-ca maja 1991 roku. W jej efekcie wyszło, że na alei głównej oraz dwóch jej odejściach w stronę pobliskich wsi rosło wtedy ponad 1200 szt. buków o obwodach pni od 250 cm do ponad 600 cm. Stan zdrowotny tych drzew był bardzo zróżnicowany i bardzo zróżnicowany był stopień zagrożenia poszczególnych drzew dla otoczenia, czyli głównie użytkowników drogi wojewódzkiej. Niepodważalne były (i są nadal) jej walory przyrodnicze i historyczne. Los i okoliczności umożliwiły nam bardzo szczegółowe poznanie i podziwiane tej alei w różnych porach roku. Będzie nie raz pojawiać się w moich opowieściach.

Aby ułatwić mi wykonanie tej inwentaryzacji, załatwiono zakwaterowanie w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym (potocznie zwanym „poprawczakiem”) znajdującym się w Polanowie (miasteczko to będzie ważnym elementem moich dalszych opowieści), niedaleko alei.
Pewnego wieczora do moich drzwi zapukał mały, acz rezolutny jak się okazało, chłopiec i zapytał, czy może wejść. Był bardzo „wygadany”, więc od razu zaczął wypytywać mnie, kim jestem i co tutaj robię? Na koniec owej „wizyty” powiedział mi konfidencjonalnym tonem, abym zamykał drzwi od pokoju na klucz, gdy będę go opuszczał „..bo wie Pan, jacy tutaj są, różni tacy…”. Podziękowałem mu za ostrzeżenie i sobie poszedł. Rano przy śniadaniu, które spożywałem w stołówce ośrodka w towarzystwie wychowawców i kierownictwa owej „placówki wychowawczej”, opowiedziałem to wieczorne zdarzenie i pochwaliłem chłopca. Poproszony o wskazanie owego malca (naprawdę był niewielki wzrostem), usłyszałem …” a wie Pan, za co on u nas jest? za kilkakrotne próby kradzieży..”. Ale przecież mnie uczciwie uprzedził!
Mam za każdym razem wątpliwości, jakie prace wspomnieć z wielu ciekawych, jakie przyszło nam wykonywać. Gdy zaczynam kolejny odcinek i przygotowuję sobie do niego materiały, zastanawiam się nad wyborem tych, które mam przedstawić. Wnikliwy czytelnik będzie miał trudności z ustaleniem kryterium doboru stosowanego przeze mnie. I za każdym razem żałuję tych miejsc i drzew, które nie opisałem. Każde z nich obarczone są przecież moimi…… emocjami.
Zacznę od prac wykonywanych w 1991 roku poza Łodzią.
Wczesną wiosną wykonywaliśmy zlecenie z Płocka. Drzewostan (125 szt.) porastający teren (park, skwer?) tzw. Wzgórza Tumskiego, pomiędzy Katedrą a Skarpą Wiślaną, poddany został pracom pielęgnacyjnym.

Drzewa jak drzewa, ale miejsce jak widać nobliwe, z którego pozostało w moim archiwum kilka slajdów.

Pewnie były i tam jakieś zdarzenia (robiliśmy prace przez okres prawie 3-ch miesięcy), ale żadne z nich jakoś specjalnie nie utkwiło w mojej pamięci. No może poza jednym. Któregoś dnia podszedł do nas młody ksiądz, aby przekazać informację od proboszcza, żeby podcinać gałęzie tak wysoko, by mogły się zmieścić chorągwie i sztandary noszone w trakcie procesji kościelnych. Odesłałem go do naszego Zleceniodawcy. Nie było dalszych interwencji. Robiliśmy dalej zgodnie z zasadami sztuki ogrodniczej.


Później pojechaliśmy kontynuować rozpoczęte w 1990 roku prace w Rabce przy zabytkowym kościele-muzeum. Znajdowała się wtedy przy nim urokliwa kapliczka, efekt „zaadaptowania” złamanego drzewa.

Jadąc do Rabki zatrzymaliśmy się w m. Chabówka, gdyż wpadł nam w oko stojący tam drewniany kościółek, a tak naprawdę to rosnące obok niego drzewo, mocno pochylona lipa. U nasady jej pnia w dziupli, która prawdopodobnie powstała po odłamaniu się drugiego pnia, była wbudowana kapliczka. Ot ….taka ciekawostka. Nie dane mi było nigdy więcej się tam zatrzymać, ale podglądałem to miejsce za pomocą googli (bardzo się zmieniło, jeśli chodzi o otoczenie od tamtych lat) i jeszcze w 2018 roku lipa ta stała wraz z kapliczką u spodu.

Otrzymaliśmy zlecenie na wykonanie prac we wsi Sidzina. Tak, że po zakończeniu prac w Rabce przenieśliśmy się do tej pięknie położonej wsi na granicy Orawy i Beskidu Żywieckiego. W wiosce znajdowała się grupa dębów – pomników przyrody – z których jeden, najokazalszy, rósł bezpośrednio przy drodze, w zasadzie na ich skrzyżowaniu, a pozostałe na terenie prywatnego gospodarstwa znajdującego się bezpośrednio obok oraz w innych miejscach wsi. Kwaterę mieliśmy wynajętą u stolarza (niestety nazwiska nie pamiętam) na tzw. Zagrodach, kilka kilometrów od miejsca pracy. Byliśmy wtedy jeszcze zespołem czteroosobowym.
Zimowa wizyta na alei bukowej i ewentualność wykonywania prac przy niej przez naszą firmę, spowodowała, że zaczęliśmy z Klimkiem mocno rozważać powiększenie brygady. Ale te decyzje były jeszcze przed nami.
Sidzina ma bardzo dobre konotacje patriotyczno-historyczne. Zasłużyła się walką i oporem stawianym min. Szwedom w trakcie ich najazdu na Polskę. Podobno (tak mówią lokalne podania), za te zasługi Król Jan Kazimierz podarował im sadzonki ww. dębów, które mieliśmy poddać zabiegom pielęgnacyjnym. Stąd wynika, że musiały one mieć wiek przekraczający grubo ponad 300 lat. W zakres prac wchodziły przede wszystkim cięcia sanitarne, gdyż w koronach tych drzew było bardzo dużo suszu, w tym grubego, oraz jak zwykle porządkowanie ubytków. Obok tego największego dęba (w obrysie jego korony) znajdował się pomnik, postawiony przez mieszkańców z kilku powodów zawartych na okolicznościowej tablicy, co dodatkowo utrudniało nam prace.


kilka z pomnikowych dębów. W centrum ten najokazalszy.
Tutaj pozwolę sobie na drobną dygresję dotyczącą, prezentowanych w moich dotychczasowych opowieściach, zdjęć archiwalnych. Skwapliwie zamieszczam pod nimi adnotację o ich pochodzeniu. Są to głównie skany ze slajdów wykonywanych przeze mnie w tych latach na kliszach ORWO. Dlaczego tak wtedy robiłem? Ano, … bo było łatwiej dostać klisze kolorową na slajdy, bo były tańsze niż kolorowe klisze do (nazwijmy to normalnych) zdjęć, bo nie trzeba było płacić za każdą odbitkę oraz, co w tym czasie było dla nas bardzo ważne, bo można je było prezentować za pomocą rzutnika, na różnych spotkaniach zawodowych, pokazach i szkoleniach.
A dlaczego nie oddałem ich do profesjonalnej obróbki celem poprawienia jakości? Dlatego, że chciałem, aby tą nie najlepszą jakością wnosiły również specyficzny klimat tamtych pionierskich (głupio to brzmi, ale takie one były) lat!

Pomnik, który znajdował się obok największego drzewa „obejmował” betonowo – kamienno – ceglaną opaską nasadę bryły korzeniowej drzewa i kończył się plombą, w kształcie trójkąta, która „zaklejała” istniejący w pniu ubytek wgłębny. Jest to trochę widoczne na jednym z powyższych slajdów. Plomba została w wyniku naszych prac usunięta, a opaska, która została zbudowana w dużej części na wypiętrzonych nabiegach korzeniowych drzewa, rozebrana z zaleceniem, aby nie ponawiać tego błędu ponownie i nie odtwarzać tego murka-opaski.

Na jednym z „normalnych zdjęć”, na którym stoję pod drzewem obok Dyr. Andrzeja Szczocarza, o którym już wcześniej pisałem, widać rozebraną plombę i częściowo opaskę oraz zabezpieczony ubytek, a także zabudowania gospodarstwa obok, na którym rosły jeszcze drzewa pomnikowe przeznaczone do prac.

Jeszcze więcej pracy pochłonęło nam usuwanie gigantycznej plomby z kamieni rzecznych zalanych ciekłym betonem z innego pnia drzewa.

W Sidzinie spędziliśmy dwa tygodnie, zaprzyjaźniając się z jej mieszkańcami zarówno z sąsiedniego gospodarstwa jak i z rodziną, u której kwaterowaliśmy przez ten czas. Spędzaliśmy z nimi m.in. wolne chwile przy ognisku.

Kiedy wspominamy z Przyjacielem pobyt w Sidzinie, zawsze przypominają nam się pieczone w ognisku ziemniaki okraszone… białym twarogiem, wytworem rąk naszej Gospodyni, oraz dwa „budrysy”, synowie naszych gospodarzy.
Były to niezłe urwisy, które potrafiły m.in. do ciągnika ojca strzelać z wiatrówki, przedziurawiając mu oponę!
Z upływem czasu Sidzina, tak jak wiele innych miejsc zajęła swoje miejsce w historii naszej firmy, przesłonięta nowymi miejscami i pracami. Ponieważ zmieniali się ludzie i sytuacje, a i nigdy od tego momentu nasze drogi tamtędy nie prowadziły, zupełnie o niej zapomniałem. Ale, od czego jest „teoria przypadku”.
W 2016 roku wracając z żoną z pobytu u mojego przyjaciela ze szkoły, mieszkającego w Kościelisku, postanowiłem pojechać trochę inną drogą. Może nie na skróty, ale taką bardziej turystyczno-widowiskową. Trafiliśmy na remont drogi powiatowej w okolicach Jabłonki, no i wyprowadzono nas na tzw. objazd. Potem jeszcze pogubiła się moja „Agatka” (czytaj GPS) i wylądowaliśmy gdzie? No oczywiście w Sidzinie! Dzięki temu mogłem zobaczyć jak po 25 latach wyglądają drzewa, które kiedyś robiliśmy! Uff…..

Widoczne trzy drzewa spośród pielęgnowanych przez nas w roku 1991.

Opadły emocje, zobaczyłem moich ”pacjentów” w dobrej kondycji, postanowiłem wejść na teren sąsiadującego gospodarstwa, aby obejrzeć z bliska drzewa rosnące na jego terenie. Kiedy podchodziłem do drzwi domu wyszedł z niego starszy Pan, sporo starszy ode mnie. Pozwolił mi wejść na podwórze i obejrzeć drzewa, ale kiedy wracałem powiedział: „ A ja pamiętam… mieszkaliście u stolarza na Zagrodach i robiliście te drzewa. Nie pamiętam tylko skąd byliście. Nikt po was tutaj nic nie robił. Aaa…tam tylko w pniu, od drogi, to kratę taką dali. No i niech pan tam powie gdzie trzeba, żeby znowu ktoś tu przyjechał, bo trza coś zrobić…”! Nie próbowałem mu tłumaczyć, że ja już sam teraz nie wiem …”komu trza… powiedzieć?”.
Nie ukrywam, że było mi przyjemnie na serduszku… no i przytuliłem się na koniec do największego z tych drzew. Żyj długo dębie…. Adamie” (podobno takie ma imię)!

Przyjąłem założenie nie zanudzania czytelników, więc 1991 rok dokończę w kolejnym odcinku moich…” opowieści o drzewach …..i nie tylko”.
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego znajdziecie TUTAJ.


Mam nadzieję Marku, że z Twoich opowieści powstanie ciekawe wydawnictwo. Powodzenia.
Pamiętam, jeszcze pamiętam.
Mieszkałem w Sidzinie na stałe od 1969 do 1974 bardzo blisko dębu o imieniu Adam. Wcześniej praktycznie od urodzenia (1955) przyjeżdżałem na wakacje do Babci w Sidzinie. Zawsze ten dąb był symbolem Sidziny i punktem orientacyjnym dla mieszkańców i turystów. Myślę, że będę wyrazicielem mieszkańców Sidziny serdecznie dziękując Panu za opiekę nad naszymi dębami a w zasadzie za ich uratowanie.
Przy okazji, dwa dęby w pobliżu Adama noszą imiona: „Ewa” i „Abraham” 🙂
Serdecznie pozdrawiam – Piotr Szuster
Serdeczne podziękowania za Pański wkład w ratowanie drzew, a także dzielenie się tymi wspomnieniami, są dla mnie wielką kopalnią wiedzy o zmieniającym się podejściu do traktowania tych wspaniałych istot.
Chciałam załączyć moje zdjęcie ze spotkania z sidzińskim dębem, który zrobił na mnie ogromne wrażenie i zaszczytem było go przytulić ale chyba się nie da (https://www.facebook.com/photo.php?fbid=994191707313356&set=a.369542783111588&type=3¬if_id=1645116643345333¬if_t=feedback_reaction_generic&ref=notif) …
Łączę wyrazy szacunku i uznania
Niestety to co stało się z Dębami w Sidzinie teraz woła o pomstę do nieba….lepiej żeby Pan tego nie zobaczył.
Adam Dąb i Dąb w głębi …straszny widok ich otoczenia.