Nie jestem obyty w pełni ze współczesnymi mediami dominującymi w wirtualnej rzeczywistości, choć z zasobów internetowych korzystam i trafiam czasami na interesujące mnie tematy. Otrzymuję również na swojego maila różne zaproszenia na szkolenia, konferencje, seminaria oraz różne inne informacje wywołujące moje refleksje. Otaczająca nas pandemia spowodowała, że ostatnio modne są szkoleniowe „webinaria” z dziedzin mi dosyć bliskich.

Wiem, że każde czasy mają swoich „mędrców” kreujących nowe poglądy, mody, trendy.

Tak było, jest i……pewnie będzie. Moje drobne zawahanie w tym stwierdzeniu wynika z faktu, że to, co się teraz wokół nas wydarza, zmusza do ostrożności w myśleniu o przyszłości.

Okazuje się, iż w pewnych kręgach tworzone są nowe pojęcia dotyczące postępowania z drzewami, m.in. jeżeli chodzi o ciągle kontrowersyjne cięcia. Słyszałem już o „cięciach wycofujących”, „cięciach postarzających”, a obecnie trwają podobno prace nad redefinicją innych pojęć. Będą one od nowa, jak głoszą te media, podlegały „standaryzacji” oraz nowej „klasyfikacji”!

No cóż, cokolwiek by to miało znaczyć, ciekaw jestem tylko, czy dzięki tym zmianom drzewa zaczną inaczej reagować. Będą reagować na zadawane im rany zgodnie z nowymi „zredefiniowanymi” pojęciami, czy tak jak reagują od milionów lat?

Nie żebym miał coś do naukowców i teoretyków. Dobrze, że się takimi problemami zajmują, ale czy nie lepiej zapał i energię przeznaczyć na lepszą edukację wszystkich nas od podstaw niż ponownie nazywać to, co już od dawna jest nazwane?  A edukować od przedszkolaka do …urzędnika. Kiedy opadnie przytłaczająca nas obecnie pandemia, rzeczywistość nadal będzie skrzeczeć. Może warto obecnie wykorzystać ten czas, żeby przygotować nowe, ciekawe programy uczące jak doceniać wartość otaczającego nas środowiska przyrodniczego i jak je chronić, na etapie przedszkola, szkoły podstawowej i średniej. Warto taki program edukacyjny opracować również dla nas wszystkich, całego społeczeństwa! Może wtedy ze szkół wyższych będą wychodzić bardziej „uwrażliwieni na przyrodę” specjaliści?

Jak bowiem wytłumaczyć, z jednej strony, apele o unikanie wszelkich niepotrzebnych cięć drzew (przede wszystkim drzew starszych), z faktem sadzenia pod ich koronami nowych drzew, dla których trzeba zrobić miejsce? W jaki sposób zrobić to miejsce? Oczywiście przez przycięcie koron drzew rosnących obok, zapominając, że nie jest to zabieg jednorazowy!

Albo inny przykład nagminnego wpływania na kondycję starszych drzew.

Zapisano w ustawach, jak należy prowadzić prace w pobliżu rosnących drzew, a ja co krok widzę jak koparki, te duże i te całkiem malutkie, a także ludzie z kilofami i łopatami, niszczą ich korzenie, kaleczą pnie oraz wyłamują konary!

Jak tu potem zostawić takie drzewo, aby sobie samo poradziło? Umiejętności, jakie w wyniku ewolucji posiadło, pozwolą mu powalczyć z tymi zadanymi ranami, tylko efekt tego niewiadomy? Myślę, że pomoc jest mu jak najbardziej potrzebna. Skoro jeden człowiek mu zaszkodził, drugi mądrzejszy (a może wrażliwszy) powinien pomóc!

Kto tego nauczył, i gdzie, ludzi odpowiedzialnych za te fakty?  Inwestora, projektanta, wykonawcę, inspektora nadzoru (etc. etc.) stosujących oraz tolerujących takie praktyki?

Być może po tej nowej „standaryzacji” takich zjawisk już nie będzie?  Oby!

Roboty w pobliżu drzew
Roboty w pobliżu drzew
Powyższe zdjęcia nie wymagają komentarza… tak mi się wydaje!

Wspominając kolejne prace, miejsca i wydarzenia z 1991 roku zacznę od Węgrzynowic.

Jest to wieś położona w powiecie tomaszowskim woj. łódzkiego. Wieś słynna za przyczyną Jana Chryzostoma Paska, który się w niej urodził, spędził we dworze dzieciństwo i prawdopodobnie tutaj napisał swoje słynne Pamiętniki w roku 1836.

Pierwszy raz byłem w Węgrzynowicach jeszcze w czasach pracy w Lidze, która wykonywała tam roboty związane z bagrowaniem (czyszczeniem) stawów. Był to rok 1984. Park i dwór oraz stojące tam również pawilony pełniły funkcję obiektu kolonijnego jednej z łódzkich firm włókienniczych. Z tamtego czasu znalazłem w swoim archiwum slajd z widokiem dworu z charakterystycznym łamanym dachem, pokrytym gontem. Z zewnątrz wyglądał nieźle, ale wnętrze wołało o pilny remont!

Dwór w Węgrzynowicach
Węgrzynowice pow. tomaszowski, woj. łódzkie. Widok dworu w roku 1984.

W 1991 roku pojechaliśmy tam na zlecenie Konserwatora Przyrody w celu wykonania pielęgnacji 5-ciu drzew: 4–ch dębów w parku dworskim oraz wiązu – pomnika przyrody- rosnącego na pobliskim polu. Jeden z tych dębów oceniany był na ponad 500 lat, natomiast wiąz liczył podobno ok. 400 lat i w jego pobliżu mieli być ponoć pochowani żołnierze napoleońscy! Bez względu na podania czy legendy oba drzewa robiły duże wrażenie, tym bardziej, że rosły „soliterowo” – samotnie! W zleconych nam pracach głównie chodziło o usunięcie z koron drzew grubego suszu, grożącego dalszymi wyłamaniami oraz stwarzającego zagrożenie dla otoczenia. W ramach zlecenia wykonaliśmy również zabezpieczanie dużego, rozległego ubytku w pniu tego 500-letniego dęba. Niestety mimo usilnych poszukiwań nie znalazłem żadnych zdjęć z tego pobytu w Węgrzynowicach, co nie znaczy, że ich jeszcze ni znajdę! Kolejny raz trafiliśmy do Węgrzynowic w 2005 r., kiedy obiekt był już w rękach prywatnych i trwały w nim prace remontowe, zarówno przy budynku dworu jak i na terenie parku, m.in. czyszczenie i porządkowanie układu wodnego (stawów i fos). Po prostu przejeżdżaliśmy obok i skręciliśmy widząc, że „coś się tu dzieje”. A ponieważ nikt nas nie „pogonił”, więc obejrzeliśmy miejsce, nie widziane od kilkunastu lat.

Dwór w Węgrzynowicach
Rok 2005. Węgrzynowice. Budynek dworu w trakcie prac remontowych.
Park w Węgrzynowicach
Rok 2005. Węgrzynowice. Czyszczenie, formowanie i faszynowanie fosy w parku za dworem.

Kolejny raz pojechaliśmy do Węgrzynowic już na zaproszenie właścicieli w roku 2009 celem wykonania prac przy niektórych, wymagających tego drzewach. Dwór był po remoncie, już zamieszkany, a i park przeszedł etap rewaloryzacji. Cały obiekt robił duże wrażenie i widać były efekty przeprowadzonych w nim prac! Zawsze mam wiele szacunku dla ludzi, którzy obejmują taki obiekty. Przede wszystkim ponoszą na wstępie duże koszty na ich „podniesienie”, bo najczęściej są to obiekty bardzo zaniedbane. Następne koszty są ponoszone na bieżąco, celem utrzymania tych miejsc w odpowiednim stanie. A jeżeli jeszcze zachowany jest historyczny i kulturalny charakter tego miejsca, to …. czapki z głów!

Dwór w Węgrzynowicach
Park w Węgrzynowicach
Rok 2009.Węgrzynowice. Dwór i park po remoncie.
Park w Węgrzynowicach
Rok 2009. Węgrzynowice. Nasza brygada w trakcie prac.

W Węgrzynowicach byłem (i bywam) stosunkowo często, oczywiście na zaproszenie właścicieli, w miarę ich potrzeb, onegdaj z brygadą, obecnie bardziej jako doradca i rzeczoznawca. Za każdym razem podziwiam stan obiektu i zaangażowanie właścicieli w jego właściwe bieżące utrzymanie.

Park w Węgrzynowicach
Rok 2011. Węgrzynowice. Oprysk młodych lip.

No i oczywiście „rzucam okiem” na tego wiekowego – pomnikowego dęba i wnętrze jego pnia, które zabezpieczaliśmy w 1991 roku!

Dąb w Węgrzynowicach
Rok 2011
Dąb w Węgrzynowicach
Rok 2020
Dąb w Węgrzynowicach
Dąb w Węgrzynowicach
Węgrzynowice. Rok 2020. Ubytek w pniu dęba-pomnika przyrody.

W roku 1991 w Łodzi weszliśmy z pracami po raz pierwszy do kolejnych parków zabytkowych. Były to Parki Źródliska I i II oraz Park im. A. Mickiewicza. Chętnych poznania szczegółów o tych parkach (w tym wiele z ich historii) odsyłam ponownie do wspomnianego już wcześniej wydawnictwa Parki i Ogrody Łodzi”, a dokładnie do zeszytu 2 „Park Źródliska I”, zeszytu 3 „Ogrody Księżego Młyna” oraz zeszytu 6 Park imienia Adama Mickiewicza (Park Julianowski)”.

W Parkach Źródliska wykonaliśmy prace łącznie przy 20 szt. drzew. Były to w przeważającej liczbie dęby rosnące tam od kilkuset lat i pamietające jeszcze rosnące wokół Łodzi puszcze.

Park Źródliska
Park Źródliska I. Rok 1991.
Na pniach starych dębów były wtedy charakterystyczne tabliczki.

Natomiast w parku „julianowskim” robiliśmy prace przy 31 szt. drzew, różnych gatunków. Niektóre pamiętały czasy tworzenia tego parku w połowie XIX w oraz czas powstałej tam rezydencji fabrykanta Juliusza Heinzla.

W moim archiwum odnalazłem starą widokówkę z 1914 roku z widokiem zburzonego na początku II wojny Pałacu J. Heinzla. Jedna z wielu jakie powstały, ale inna niż we wspomnianej publikacji. Widoczne są na niej m.in. drzewa, niektóre z pewnością zachowały się w parku do dzisiaj.

Julianów

Jednym z takich drzew, któremu za wszelką cenę chcieliśmy przedłużyć życie, była lipa bardzo rzadkiej odmiany tzw. lipa biała. Miała mocno uszkodzony pień u nasady z rozległym ubytkiem, ale była jednocześnie bardzo żywotna.

Lipa biała
Rok 1991. Park im. A. Mickiewicza. Lipa biała, po zabiegach.

Niestety w którymś momencie została podjęta decyzja o jej wycince. Na szczęście (!?), to nie nasze piły dokończyły jej żywota, ponieważ zaczęły się pojawiać w tym parku kolejne firmy, które wchodziły na rynek i przejmowały często obiekty, w których nasza firma pierwotnie wykonywała prace. I tutaj potrzebne jest pewien komentarz.

W latach 80-ch (i oczywiście wcześniej) w Łodzi istniało Łódzkie Przedsiębiorstwo Ogrodnicze, mające praktycznie monopol na obsługę miejskiej zieleni. Zresztą posiadające bardzo dobrą i fachową kadrę, z marką w Polsce! My mogliśmy wykonywać tylko ten zakres prac, którym albo nie byli zainteresowani (czytaj dla nich nieopłacalne), albo z jakiś przyczyn nie mieli możliwości ich wykonać (np. brak fachowca). ŁPO przetrwało do 1992 roku, kiedy to zostało podzielone na dwie firmy, Zieleń Miejska Północ i Zieleń Miejska Południe, i częściowo sprywatyzowane, by następnie zupełnie przestać istnieć. Wiem, że później ponownie na rynku pojawiła się firma ŁPO, ale to już zupełnie inny twór gospodarczy.

W połowie lat 90-tych zaczęły powstawać kolejne prywatne firmy, zakładane m.in. przez byłych pracowników przekształcającego się wtedy ŁPO. Każda z nich chciała uszczknąć trochę z tego „zielonego tortu”. Wtedy jeszcze nie było formy przetargowej na zlecanie prac. Stąd na prace w obiektach wykonywanych przez jedną firmę, za chwilę mogła wejść inna. Koniec komentarza.

W 1991 roku zajmowaliśmy się jedynie drzewami pomnikowymi, których akurat w tych opisywanych powyżej parkach nie brakowało. Później wielokrotnie do tych parków wracaliśmy wykonując prace nie tylko przy drzewach pomnikowych.

Po powrocie z południa Polski postanowiliśmy powiększyć brygadę i udało nam się zatrudnić, oczywiście etapami, kolejnych nowych pracowników. Tak, że myśląc już o przyszłorocznym wyjeździe na Pomorze Środkowe (mieliśmy w międzyczasie poważne sygnały w tej sprawie), pod koniec 1991 roku w naszej firmie pracowało siedmiu ludzi.

Oczywiście, każdego nowego trzeba było nauczyć tej pracy. Przychodząc do nas mieli oni różne umiejętności, ale żaden z nich nawet nie „otarł się” o „zielone” zawody. Do tego trzeba było skompletować dla nich sprzęt etc., etc. Dochodziły do tego sprawy personalne (ZUS, US, BHP). Każdy z nowo zatrudnionych otrzymywał od nas umowę o pracę. „Sparzeni” na początku, przy zatrudnieniu pierwszych pracowników, kiedy to miewaliśmy kontrole z ZUS nawet w soboty na bazie (wtedy jeszcze pracujące), a US potrafił 2-go stycznia zażądać dokumenty do kontroli(!),  skwapliwie tego przestrzegaliśmy. Dobrze, że byliśmy we dwóch. Klimek to – technika, szkolenie, nadzór nad pracami. Ja – cała reszta.

Zresztą na samym początku naszej wspólnej działalności usłyszałem od Wspólnika – …„ty jesteś k***a od polityki firmy i od papierów, ja zajmę się resztą!”… i tego się „k***a” trzymaliśmy, przez cały okres naszej współpracy!

Skoro już wspomniałem naszą „bazę”, to nazywaliśmy zawsze tak miejsce, gdzie znajdował się nasz sprzęt, miejsce socjalne dla pracowników, magazyn i jakiś kantorek dla „szefów”. Czasami obok również plac do parkowania samochodów (z czasem rębaka i freza). Pierwszą bazę (łącznie były w sześciu lokalizacjach) urządziliśmy w schronie przeciwatomowym, w piwnicach jednego z bloków na Bałutach. Wtedy jeszcze byliśmy we dwóch. Trzeba przyznać, że w tamtym czasie było to nie byle jakie miejsce. Własny węzeł sanitarny, centralne ogrzewanie, w razie czego mechaniczna klimatyzacja, agregat prądotwórczy (wszystko działające i okresowo kontrolowane przez pana majora w stanie spoczynku). Mieliśmy tylko problem z mieszkańcami bloku, którym nie odpowiadało nasze sąsiedztwo. Co prawda bywaliśmy tam tylko w miarę potrzeb (terenowy charakter pracy), ale…. było jedno ale…… Schron był połączony ciągiem wentylacyjnym z innymi lokalami. A my przechowywaliśmy tam beczkę…. tak, tak……….. z paliwem do pił (benzyna bezołowiowa), po które jeździliśmy aż za Tomaszów Mazowiecki, do magazynów CPN. W Cechu Rzemiosł Różnych otrzymywaliśmy talon przydziałowy i sami musieliśmy go zrealizować w określonym miejscu! Do pożaru i tragedii nie doszło, ale po prawie 5-ciu latach postanowiono nas jednak wyeksmitować z tego „ciepłego gniazdka”. Przetrwaliśmy tam dlatego tyle czasu, że owocowała moja wcześniejsza „znajomość” z wynajmującym nam PGM-em Bałuty, w którym trochę wcześniej jakiś czas popracowałem. Pamiętam z tamtego okresu niesamowity porządek, o jaki dbał (i wymuszał wręcz jego przestrzeganie) Klimek. A w pewnym momencie była nas ponad 10-tka w tym schronie! Od tamtego czasu istniało w naszym zespole pojęcie –„dzień warsztatowy”, który był z wyprzedzeniem ogłaszany przez Wspólnika i każdy dostawał zadanie, co ma wtedy zrobić. Kto czyści i naprawia sprzęt, a kto sprząta i robi porządki. Sam zresztą w ten dzień również rozglądałem się, czy np. nie zrobić porządku w …biurku? Przy czym świętą zasadą przestrzeganą i egzekwowaną przez Klimka – było codzienne czyszczenie pił po przyjeździe z pracy! Obowiązywało to każdego, kto nimi pracował, do końca naszych wspólnych dni!

Schron przeciwatomowy
Łódź. Rok 1990. Klimek i Andrzej w naszej bazie w schronie p. atomowym. Widoczny porządek nie był przysłowiowo „odświętnym”.
To była nasza codzienność.

W roku 1991 również w naszym ruchu zawodowym doszło do ważnych wydarzeń. Pod presją środowiska przystąpiono do powołania do życia samodzielnej organizacji zawodowej. Na początku roku powstała grupa założycielska nowego stowarzyszenia, jednocześnie rozwiązano OSLiPDO przy ZG SITO. Polskie Towarzystwo Chirurgów Drzew zostało zarejestrowane przez Sąd w Warszawie w dniu 24.04.1991 roku.  Trzema osobami, które reprezentowały organizację przed Sądem Rejestrowym byli:  Zbigniew Chachulski, śp. Marian Sokołowski i piszący te słowa.  Ale faktycznych „ojców założycieli” było kilkudziesięciu!

Reprezentanci PTChD
Osoby, które reprezentowały powstające PTChD w Sądzie Rejestrowym. Od lewej Z. Chachulski, w środku śp. M. Sokołowski, z prawej M. Kubacki.
(Zdjęcie powyższe zrobiono przy innej okazji.)

Gdy ta decyzja Sądu Rejestrowego się uprawomocniła (żadne SB nam już nie namieszało!), przystąpiono do przygotowania do organizacji  I-szego Walnego Zjazdu PTChD. Zjazd odbył się 24 listopada 1991 roku w Warszawie. W ten oto sposób ziściły się marzenia kolegów, którzy tak jak Zbyszek Chachulski, od lat dążyli do powołania takiej organizacji zawodowej w Polsce. Był to jednocześnie moment, gdy po 5-ciu latach istnienia tzw. OSLiPDO, każdy z jej członków mający już własne doświadczenia i „projekcję” swojej przyszłej działalności zawodowej w nowej rzeczywistości, jaka zaistniała w Polsce, podejmował decyzje, czy to nowo powstałe Stowarzyszenie jest organizacją, do której chce należeć? Nie wszyscy z byłych „oslipdowców” wstąpili do PTChD. Zawsze sobie ceniłem te często nieformalne kontakty między nami, to wzajemne przekazywanie różnych informacji, doświadczeń, tym bardziej, że na początku tworzenia się tego środowiska zawodowego brak było dostępu do tego typu wiedzy (m.in. brak fachowej literatury, a internet jeszcze wtedy nie funkcjonował), również do tego, co w tym czasie działo się na tzw. zachodzie. Często też korzystaliśmy z koleżeńskich konsultacji. Dlatego bardzo żałuję, że niektóre „rozejścia” kończyły się trwałym zerwaniem również takich kontaktów. Wysoko sobie cenię do dzisiaj wszelkie uwagi moich kolegów z branży, najbardziej tych z dużą praktyką. Ci, co mnie znają zawodowo, (ale nie tylko) wiedzą, że sam również chętnie dzielę się swoim doświadczeniem.

Wiadomo, bowiem nie od dzisiaj, że w każdym zawodzie najlepsze wyniki daje połączenie wiedzy z doświadczeniem!

Konsultacja w terenie
Koniec lat 80-tych.Gdzieś w woj. piotrkowskim. Koleżeńska konsultacja kolegów Jaremy Rabińskiego i Leszka Matacza.
Tu przerwa na posiłek w trakcie objazdu z Konserwatorem Przyrody.
Leszek Matacz
Koniec lat 80-tych.Gdzieś w woj. piotrkowskim. Kol. Leszek Matacz utrwala „ku potomności” ciekawe miejsca.

Z czasem po kilku latach zaczęły powstawać kolejne organizacje o podobnym profilu. Ale to już nie „moja bajka”. Ja byłem i jestem nadal członkiem PTChD, dodatkowo skażony chorobą „lojalności”. Ponieważ należałem do OSLiPDO, to również musiałem należeć do SITO, w którym pozostałem, uważając ją za swoją organizację „matczyną”. Do innych organizacji nie wstąpiłem.

Od początku pracy czułem się chirurgiem drzew i za takiego nadal się uważam, mimo że z niezrozumiałych dla mnie powodów, dla niektórych brzmi to prawie jak „trędowaty”!

Szanuję kolegów arborystów oraz członków innych podobnych stowarzyszeń zawodowych, ale nie mam powodu wstydzić się za cokolwiek, co przez 35 lat pracy zrobiliśmy pracując pod szyldem „CHIRURGIA DRZEW”.

Nigdy też nie krytykowałem innych za to tylko, że opowiedzieli się za taką czy inną formą działalności, czy za wykonywanie takiego czy innego zawodu. Osoby, które mnie znają bliżej wiedzą, że  biblijne „po czynach ich poznacie oraz sparafrazowany klasyk „róbmy swoje, a czas pokaże, kto ma rację były (i są nadal) jednymi z moich ulubionych powiedzonek!

Dlaczego tyle temu zagadnieniu poświęcam miejsca na koniec tej części moich wspomnień? Dlatego, że po powstaniu PTChD mocno się w jego działalność z Klimkiem angażowaliśmy i będzie często pojawiać się w moich kolejnych opowieściach.

I na koniec trochę naturalnego jesiennego naszego łódzkiego piękna!

Miłorząb w parku Źródliska
Miłorząb w parku Źródliska
Takie „słoneczne” widoki w pochmurne listopadowe dni można podziwiać (jeszcze?) w Łodzi w Parku Źródliska II. Miłorzęby dwuklapowe – okaz męski po lewej i okaz żeński po prawej. Zdjęcia zrobione w dniu 13 (piątek) XI. 2020r.

Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki

Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego znajdziecie TUTAJ.

Jeden komentarz

  1. Czapki z głów Panie Marku. Jestem młodszy od Pana o całe pokolenie, ale wyznaję tę samą zasadę co Pan, choć nieco zmodyfikowaną: teoria bez praktyki jest tylko teorią! No i to wychowanie od przedszkolaka do urzędnika, – cudnie prawdziwe. Ostatnio musiałem podocinać niektóre cięcia tak , aby za rozwidleniem nie było więcej niż 2 cm, cytuję uzasadnienie: Bo tak jest w umowie 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *