O tym, że czasami skręcam z głównych dróg, bądź zawracam, gdy zobaczę coś ciekawego (przed wszystkim dla drzew), już pisałem. I że jest taka dziwna ”teoria przypadku”, też już pisałem. No więc teraz bierzemy to, mówiąc po naszemu, „do kupy” i……..
Wielokrotnie jadąc drogą w okolicach Wodzierad widziałem nazwę miejscowości „Piorunów”. Intrygowała mnie ona, ale nie znajdowałem czasu, by tam zajechać. Aż kiedyś stało się – i pojechałem. Było to wiosną tego dziwnego roku 2020. „Boć on dziwny przecie”! Tak powiedziała mi Pani, gdy stałem pod zamkniętą bramą do Pałacu i parku, a ona podjechała rowerem i wjechała na teren pałacowy, przepraszając mnie, że… „zamknięte, proszę Pana, przez tą pandemię i nie mogę nikogo tutaj wpuścić”. Nie nalegałem. Cóż, taki dziwny rok!
Będąc któregoś razu w księgarni – a wchodzę do nich z reguły bez konkretnego celu zakupowego, natomiast zawsze wychodzę z jakąś książką – wpadła mi w oko książka pt. „PRZEDWOJENNI” autorstwa Anny Mieszczanek. Przekartkowałem i jak zwykle wyszedłem z zupełnie nieplanowanym zakupem (ale zadowolony), obmyślając, jak ją „przemycić” przed oczami żony, aby nie usłyszeć …”i gdzie to postawisz”, bo faktycznie nie mam już za bardzo gdzie ich układać! W książce tej opisane są losy niektórych naszych rodów ziemiańskich oraz ich majątków ziemskich. Z tej to książki dowiedziałem się m.in., że przedwojenni właściciele Piorunowa, Lucjan i Barbara Niemyscy, kilkakrotnie gościli u siebie Marię Dąbrowską. W tymże Piorunowie pracowała nad powieścią „Noce i dnie”, tamte okolice posłużyły jej do tworzenia m.in. atmosfery jej powieściowego Serbinowa, a rosnące na okolicznych stawach piękne grzybienie natchnęły do stworzenia słynnej sceny z nenufarami i Panem Józefem Tolibowskim w roli głównej!


Dojeżdżając do tej miejscowości zauważyłem kapliczkę ze stojącym za nią spalonym pniem drzewa. Zatrzymałem się w powrotnej drodze i sfotografowałem taki niespotykany, trzeba przyznać, widok.

Spalone drzewo stojące za kapliczką okazało się dębem, w które „uderzyły, proszę pana, kilka lat temu pioruny i go na amen spaliły”, powiedziała mi inna Pani przechodząca obok, gdy fotografowałem to zarówno piękne, jak i niesamowite sąsiedztwo!



Takie sytuacje i zdarzenia powodują, że nadal chętnie wyjeżdżam w teren, ciesząc się możliwością zobaczenia czegoś nowego, czegoś ciekawego!
Wracając do roku 1992 chciałbym na moment odejść od samych drzew i kilka zdań poświęcić trochę innym wydarzeniom z tego okresu, mającym wpływ m.in. na bieżące funkcjonowanie i rozwój naszej firmy. Myślę, że osobom z pokoleń młodszych niż moje przybliży to również klimat tamtych lat. A tak przy okazji! Czytam obecnie książkę, której autorką jest Angielka, która sama wielokrotnie w niej podkreśla, że jest z pokolenia „millenialsów”. W pewnym momencie opisując jakieś zdarzenia z czasów swojego dzieciństwa używa sformułowania, że było to „w głębokich latach dziewięćdziesiątych”. Toż to, co ja teraz wspominam, właśnie z tych odległych lat pochodzi! A więc słuchajcie młodzi!
Dużo ważnych spraw wydarzyło się w naszej firmie. Mieszkańcy bloku, w którym znajdował się schron, a w nim od kilku lat mieliśmy „bazę”, dopięli swego i nastąpiła nasza eksmisja. Wiedząc, że do tego w końcu dojdzie, czyniliśmy już starania o miejsce na nową siedzibę. Podjęliśmy m.in. próbę wynajęcie tzw. Domku Ogrodnika w Parku Matejki w Łodzi. Na szalę rzuciliśmy nawet chęć utrzymywania prze dwa lata za darmo tego parku! Niestety nie udało się nam przekonać ówczesnych decydentów. Obiekt ten, opuszczony przez ŁPRO, przechodził potem przez wiele rąk, aż popadł prawie w ruinę, został w końcu zakupiony przez osobę prywatna i wyremontowany, służąc obecnie zupełnie innym celom niż te, dla których pierwotnie powstał! Nowe miejsce dla naszej bazy znaleźliśmy natomiast, dzięki rodzinnym koneksjom Klimka, przy ul. Kamińskiego (d. ul. Buczka), u zbiegu ulic Jaracza i Uniwersyteckiej. Znajdowały się tam wtedy magazyny Łódzkiej Wytwórni Kopii Filmowych, zwanej potocznie „Kopiami Filmowymi” lub jeszcze krócej „Kopiami”, z których część nieużytkowaną nam podnajęto.
Obecnie na tym miejscu znajduje się nowoczesny biurowiec. Pracownikiem tej firmy był wtedy szwagier Klimka, który powiedział nam, że jest możliwość wynajęcia tych pomieszczeń. Dzięki tej zmianie byliśmy w samym centrum miasta. Kilka dni przed tą wyprowadzką do naszego schronu, z samego rana, przyszła kontrola z ZUS i sprawdzano w oparciu o dowody osobiste, czy wszyscy nasi pracownicy są zarejestrowani! Przypadek? Nie sądzę!


W maju 1992 roku w naszej firmie pojawił się pierwszy komputer wraz ze specjalnie opracowanym dla nas programem na BIOS-ie, do kosztorysowania prac. Jego atrakcją, która od razu przypadła do gustu mojemu kilkuletniemu synkowi, był „skaczący po budynkach gorylek podrzucający bananka”, taka pierwsza prymitywna gra komputerowa.
W lipcu tego roku kol. Jerzy Franek z krakowskiej firmy handlującej m.in. sprzętem firmy Bandith ( na co dzień zwanej ”bandytą”) przyprowadził zakupioną przez nas, drugą w Polsce, rębarkę do drewna Mighty Bandith! Pierwsza pracowała w tejże krakowskiej firmie. Oba te wydarzenia były bardzo dużym skokiem w rozwoju firmy. Aby go wykonać (ten skok oczywiście), wzięliśmy kredyt od „amerykanów”, czyli Polsko-Amerykańskiego Funduszu Rozwoju, zastawiając, jako poręczenie spłaty: Klimek – obraz znanego artysty, a ja – kolekcję znaczków pocztowych!
Teraz, zamiast ładować na ciężarówki czy przyczepy traktorów hałdy gałęzi i wywozić na wysypisko (w tym co najmniej połowa to powietrze), powstałe z tego zrębki wrzucaliśmy do naszej półciężarówki! Ale to była frajda, gdy ciągnąc rębarkę za naszym samochodem wzbudzaliśmy zainteresowanie przechodniów oraz….. policjantów z drogówek!

Była to taka nowość, że pokazywano ją w lokalnej TV, a my organizowaliśmy pokazy pracy tej „maszynki” m.in. dla Łódzkiego Przedsiębiorstwa Robót Ogrodniczych w parku przy ul. Leczniczej! Pośród ich maszyn takiej nie było. Dopiero później miasto kupiło dla nich większy model. A nasz mały „bandyta”, oczywiście po różnych remontach, nadal pracuje!

A ja, odpowiedzialny m.in. za dokumenty firmy, mogłem porzucić naszego „Mercedesa” (maszynę do pisania) i nowocześnie, a jakże, pisać dokumenty i wszelkie pisma na „kompie” oraz drukować najpierw na igłówce, a potem na atramentówce! No i mogłem porzucić nareszcie silnie brudzące kalki kopiujące (a jak się one potrafiły przyklejać m.in. do rąk!), pozostawiając jednocześnie dokumenty na dyskietkach. Najpierw były to „winyle”, potem małe kwadratowe, aż z czasem „pochłaniać” je miał dysk w komputerze. Ameryka Panie, Ameryka!
„Dynamicznie” było też w brygadzie. Z ekipy, która pracował na alei bukowej koło Polanowa, „zdezerterowało” dwóch pracowników. Wynajmowaliśmy wtedy kwatery u prywatnych osób w Polanowie, żeby było jak najbliżej. Któregoś poranka, okazało się, że dwaj pracownicy nic nie mówiąc, czyli „po angielsku”, wyjechali do Łodzi, porzucając pracę i stawiając nas w trudnym położeniu. I nie były to tzw. „świeżaki”. Obaj pracowali u nas już ponad rok. Ano takie to były czasy! Postanowiliśmy zmniejszyć ekipę w Łodzi i dowieźliśmy do Polanowa dwóch innych pracowników, aby prace na alei bukowej mogły nadal być wykonywane bez przestojów. Całe szczęście, że ten przypadek „dezercji pracowniczej” był jedynym w historii firmy. A ponieważ zawsze wychodziłem z założenia, że należy wyciągać wnioski z takich wydarzeń i o nich pamiętać, ale nie gniewać się i „odgrywać”, więc obaj ci „dezerterzy” po pewnym czasie znów stali się naszymi pracownikami!

Prace na alei bukowej były od nas odbierane etapami. Konserwator Przyrody w Koszalinie, którą była w tym czasie Pani Irena Jasionek, powoływała za każdym razem kilkuosobową komisję, w której uczestniczyła m.in. inż. Zuzanna Sugier. Była w tym czasie urzędnikiem samorządowym w Koszalinie, Kierownikiem Wydziału Zieleni Zarządu Dróg i Transportu.
Zarządowi temu podlegała cała zieleń położana administracyjnie na terenie Miasta Koszalin.
Pani inż. Z. Sugier, a w zasadzie to powinienem pisać Zuzanna, bo już wiele lat temu nasza znajomość zawodowa zamieniła się w przyjaźń, która trwa nawet dzisiaj, w naszych „emeryckich dniach życia”, należy do tych ludzi, o których można powiedzieć krótko – FACHOWIEC! A do tego znała tą swoją koszalińską zieleń jak mało kto. Praktycznie nie było drzewa, krzewu czy trawnika w mieście, o których by nie wiedziała! Do tego była bardzo szanowana i liczono się z jej opinią, choć nie należała do tych „spolegliwych”, miłych i bezkonfliktowych podwładnych! Momentami była wręcz bezkompromisowa w swoim postępowaniu, czym narażała się nieraz przełożonym, mając z tego powodu wiele nieprzyjemności. Bywając u niej w biurze, nieraz stawałem się świadkiem takich zdarzeń.
I takiej to osobie musiała chyba przypaść do gustu nasza praca na alei, ponieważ zaczęliśmy otrzymywać również od ZDiT- u zlecenia na prace przy drzewach na terenie Koszalina.
Wiele z nich będę jeszcze opisywał w szczegółach, bo robiliśmy tam szereg spektakularnych wręcz prac! I przez ponad 20-cia lat, sporo się tego uzbierało. Jednym z pierwszych był skrzydłorzech kaukaski na ul. Moniuszki – pomnik przyrody. Jako jeden z dwóch najstarszych w Polsce wymienił go Cezary Pacyniak w swojej książce-przewodniku, właśnie z 1992 roku, „Najstarsze drzewa w Polsce” (str. 160), oceniając jego wiek na 194 lata i podając jego obwód – 401 cm!

W swoich „szpargałach” znalazłem notatkę Klimka, która zawiera zakres wykonanych wtedy (w 1992 r.) prac, czyli: cięcia sanitarne, usuwanie starej metalowej klamry wrastającej już w drzewo, usuwanie plomby, zabezpieczanie ubytków…

W następnych kilkunastu latach jeszcze raz czy dwa był on oczyszczony z wydzielającego się suszu. Drzewo rośnie nadal i ma się dobrze. Widziałem go ostatnio w sierpniu 2020 r. Kiedy robiłem zdjęcia, podszedł do mnie mężczyzna, który powiedział: „a wie pan, że ja to drzewo pamiętam, od kiedy przyjechałem do Koszalina, jak mnie z Syberii wypuścili i wróciłem do Polski w 1945. Panie jak mi się wtedy chciało żyć…, a drzewo było mniejsze, ale już duże było!” Potem jeszcze potowarzyszył mi chwilę i odszedł mówiąc „ muszę iść, bo żona ze śniadaniem czeka, aż chleb przyniosę”.

Również Pani Konserwator Przyrody zaczęła nam zlecać prace na terenie ówczesnego województwa koszalińskiego. Pierwszą z nich była pielęgnacja grupy dębów, z których kilka było uznanych za pomniki przyrody, a reszta rosła wzdłuż drogi wojewódzkiej po jej obu stronach. Miejscowość, gdzie się one znajdowały, nazywa się Żelimucha, przy dawnej drodze wojewódzkiej nr 6 (obecnie jej funkcję przejęła nowo wybudowana droga ”S6”), w pobliżu skrzyżowania do miasta Białogard. W tamtym czasie była to droga z bardzo dużym natężeniem ruchu, którędy zaczął w tym czasie przechodzić coraz bardziej dynamiczny tranzyt ze Wschodu na Zachód Europy. O ile ruch na alei bukowej był uciążliwy głównie z uwagi na konfiguracje terenu, liczne zakręty i wąską ograniczoną drzewami jezdnię, to ta droga szeroka i z dobrą nawierzchnią wręcz „zachęcała” kierowców do szybkiej, a nawet bardzo szybkiej jazdy! Mocno to nam komplikowało prace z uwagi na konieczność wyznaczenia kilku pracowników, celem zachowania bezpieczeństwa. Prace te były rozłożone na kilka etapów i robiliśmy je również w 1993 i 1994 roku.


Brygada pracująca w Łodzi i okolicach też nie próżnowała. Wykonaliśmy w 1992 roku prace m.in. w parku w Bronowie, miejscu związanym z życiem Marii Konopnickiej, czy przy pomnikowej lipie w Pajęcznie. Lipę w Pajęcznie pamiętam ze względu na potężny ”płożący się” konar u podstawy jej korony. W swoim archiwum znalazłem zdjęcie z 1992 r. gdzie można ten konar „wypatrzyć”. Nie byłem tam nigdy później, ale z podglądu internetowego wiem, że drzewo trwa i należy do największych lip pomnikowych w województwie łódzkim.

Pracowaliśmy również w parku przypałacowym w Poddębicach na zlecenie Konserwatora Przyrody w Sieradzu. Stał tam wtedy niedaleko pałacu taki „potworek”, jako świadek po drzewie pomnikowym, czyli resztka pnia wypełniona betonem. Wiem, że park ten przeszedł wielką metamorfozę, podlegał rewaloryzacji, natomiast nie wiem czy ów świadek jeszcze w nim stoi?

Tematem tzw. „świadków” po drzewach mam zamiar zająć się w jednym z odcinków moich opowiadań.
Z wielu miejsc, gdzie wykonywaliśmy prace, nie mam żadnych zdjęć drzew, co może świadczyć, że wykonywane prace należały już do tych „rutynowych”. Po pewnym czasie, gdy powiększyła się nam załoga i tworzyliśmy kilka brygad pracujących równolegle, nie wszystkie roboty były przeze mnie dokumentowane zdjęciami. Ot, oględziny, wycena, zlecenie (umowa), praca, odbiór! Ponieważ nie chcę, by te moje opowieści zamieniły się w spis nazw miejscowości, więc podam tylko, że w roku 1992 poza miastem Łódź i woj. koszalińskim, w notatkach znalazłem nazwy 29 miejscowości położonych na terenie obecnego województwa łódzkiego, w których wykonywaliśmy prace. Czasami było to jedno drzewo, a innym razem np. 28 szt. w danym miejscu. Głównie robiliśmy drzewa pomnikowe rosnące w parkach podworskich, rzadziej przypałacowych, a sporadycznie w innych miejscach jak np. 7 buków w rezerwacie „Wzgórze Czerwone”. Czasami trafiały się pojedyncze drzewa na cmentarzach (np. opisana już lipa w Radomsku), które to cmentarze miały się stać za chwilę miejscami naszych wieloletnich systematycznych prac, o czym będę wspominał. Jednym z miejsc, które mi utkwiły w pamięci, jest Zadzim. Był tam bardzo ładny, acz wtedy mocno zaniedbany park i również zaniedbany dwór. Piszę „wtedy”, bo wiem, że w ostatnim okresie został ten obiekt zrewaloryzowany. Zapamiętałem go m.in. z przepięknej alei grabowej.

Drugim powodem, dlaczego Zadzim zapamiętałem, był szpaler starych dereni jadalnych, które we wrześniu obficie wtedy owocowały. Zebrałem dwa wiadra dojrzałych, ociekających sokiem owoców i przystąpiłem do robienia nalewki. Przepis dostałem od znajomego, trochę jeszcze doczytałem (nigdy wcześniej nalewek dotychczas nie robiłem) i wziąłem się za drylowanie, zalewanie, macerowanie itp. itd. W efekcie otrzymałem kilka butelek pięknie wyglądającego (kolor lila-róż) i pachnącego, smakowitego napoju, ciesząc się, że będzie jak znalazł na jesienno-zimowe wieczory, a wtedy jeszcze zimy oj bywały! Można powiedzieć byłem bardzo z siebie dumny i oczywiście z wytworzonego przez siebie wyrobu! O ja naiwny! Do „tragedii” doszło październikowego wieczoru (i nocy), kiedy to gościliśmy duże towarzystwo, gdy wylądowało u nas po pewnej imprezie. Witaliśmy na niej jednego z kolegów, który przyjechał po raz pierwszy do Polski „w nowej rzeczywistości”. Pochodził z tzw. „przymusowej emigracji”, która dotknęła wielu opozycjonistów. Popełniłem niewybaczalny błąd, przyznając się mu do posiadania tejże nalewki! Trzeba było poprzestać na wyrobach ówczesnego monopolu spirytusowego! Dość powiedzieć, że miałem prawie łzy w oczach, gdy na drugi dzień próbowałem odnaleźć choć jedną buteleczkę mojej wspaniałej nalewki! Ale zawsze, gdy kolejny raz przyjeżdżał do Polski i miałem okazję się z nim spotkać, chwalił moja nalewkę i mówił, że drugiej takiej nie miał okazji posmakować. No, chociaż tyle, że docenił moją pracę! A od tego czasu nalewki w naszym domu robi moja żona!
Wiele z tych miejsc, w których pracowaliśmy, już fizycznie nie ma, bo dawne zabudowania zostały rozebrane, a czasami nawet drzewa wycięte. Niektóre z tych obiektów miały to szczęście, że przejęte przez osoby prywatne, zostały zaanektowane na ich współczesne potrzeby życiowe, czasami wyremontowane z uszanowaniem historii miejsca (jak np. opisywane wcześniej Węgrzynowice), a inne przerobione na „swoją modłę”. A tak przy okazji. Przeglądając swoje zasoby fotograficzne, znajduję zdjęcia lub slajdy z dworami czy innymi „ziemiańskimi” obiektami, które obecnie nie jestem w stanie zidentyfikować. Widać, że w momencie ich utrwalania na kliszy, były w różnym stanie zachowania (bardziej lub mniej zrujnowane). Rzadko trafiały się w stanie zdatnym do użytku, a bardzo rzadko zamieszkane. Przypomnę, że opisuję tu początek lat 90-tych, tuż po upadku ustroju, w którym obiekty takie mogły jedynie służyć „ogółowi społeczeństwa, a nie jaśniepaństwu”. Ale nawet, jako szkoły, czy biura PGR-ów, często nie dane im było przetrwać do naszych czasów. Poniżej przykładowe zdjęcia dwóch obiektów, których nie jestem w stanie zlokalizować. Może ktoś z czytających rozpozna? Będę zobowiązany za informację. Jedno, co wiem, to to, że na pewno pochodzą z centralnej Polski!


Być może, że tych dworów już nie ma, a jedynymi świadkami historii tych miejsc i tamtych czasów, pozostają stare rosnące tam (jeszcze!) DRZEWA.
Na terenie Łodzi wykonywaliśmy prace w kolejnych zabytkowych parkach: Matejki, 3 Maja, Skrzywana, Kilińskiego czy w ogrodzie przy Pałacu Herbsta. Część tych prac wykonywaliśmy na zlecenie Konserwatora Przyrody (pomniki przyrody), a część na zlecenie Ogrodnika Miasta (pozostały starodrzew). Park im. J. Kilińskiego położony na obrzeżach „Księżego Młyna”, jest parkiem, który zarówno w początku lat 90-tych jak i obecnie również, należy do tych mniej znanych przez łodzian, mimo że rośnie w nim nadal wiele drzew uznanych za pomniki przyrody. Zawsze jednak należał do tych, powiem tak łagodnie „mniej zadbanych”. I niestety ta jego przypadłość trwa do dziś. Że nie jest to tylko mój punkt widzenia i że stan taki trwa od lat, można się przekonać sięgając do przytaczanego już w moich opowieściach wydawnictwa „Parki i Ogrody Łodzi”, zeszyt 3 z 2008 roku, zatytułowany „Ogrody Księżego Młyna”. Dziwi mnie tylko, że obiekt znajdujący się obok takich sztandarowych miejsc miasta, jak Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna, czy przerobione na efektowne lofty zabudowania pofabryczne Karola Scheiblera, jak dotychczas nie znalazł swojego „admiratora”! Może trwająca aktualnie rewaloryzacja całego obszary „Księżego Młyna” obejmie również i ten park. Tylko błagam, o ile czyta mnie ktoś, kto ma na to wpływ, bądź jego znajomy, niech to nie będzie kolejna przebudowa w stylu, jaki dotknął Park im. H. Sienkiewicza. Tam jest jeszcze sporo starych cennych drzew. To te drzewa powinny być „oczkiem w głowie” projektujących ewentualną rewaloryzację parku, a nie tylko „zło konieczne”! Niech miasto znajdzie w końcu projektanta, który nie zabrukuje całego parku i wykonawcę (i tego później dopilnuje), który nie wprowadzi tam armii ciężkiego sprzętu. Ot marzy mi się trochę „zawodowstwa”, tak obecnie brakującego w tej mojej zielonej branży.
A wracając do tego parku z roku 1992, robiliśmy w nim zabiegi przy cennych drzewach pomnikowych. Wśród nich był bardzo dorodny okaz wielopniowego kasztanowca o tzw. „kandelabrowym” pokroju.

Zakres wykonanych wtedy prac przy tym kasztanowcu obejmował cięcia sanitarne i korekcyjne oraz montaż wzmocnień elastycznych. Po nas jeszcze inne firmy wykonywały w późniejszych latach zabiegi przy tym drzewie (m.in. dołożone zostały wzmocnienia elastyczne w jego koronie). Wielokrotnie przechodząc przez ten park oglądałem to drzewo, ale chcąc poznać jego aktualny stan, obejrzałem go sobie w m-cu grudniu 2020r. No cóż, wygląda tak samo, jak park, w którym rośnie. Drzewo to, jest mówiąc delikatnie, …”opuszczone”. Od kilku już lat wisi w jego koronie potężny wyłamany konar, sięgający prawie do ziemi (co najmniej od października 2018 r). A wisi tylko dzięki zamontowanym wiązaniom, które zadziałały w tym wypadku jako tzw. „bezpiecznik”, spełniając niejako jedno ze swoich zadań, dla których zostały zamontowane! Myślę jednak, mało powiedziane, jestem przekonany, że gdyby w odpowiednim czasie, ktoś się temu drzewu przyjrzał i podjął odpowiednie decyzje, zdarzenia tego można byłoby uniknąć. Drzewo nadal jest żywotne, jego pień sporo przyrósł na grubość, pokrój nadal jest bardzo efektowny, ale błaga o pilne zabiegi. Kolejne uderzenie silnego wiatru, które coraz częściej występują u nas, może spowodować jego dalszą destrukcję, a być może całkowite zniszczenie!

Wielopniowy kasztanowiec – pomnik przyrody z wiszącym złamanym konarem (z prawej).

Wielopniowy kasztanowiec – pomnik przyrody z wiszącym nadal złamanym konarem (z prawej).
W parku 3 Maja robiliśmy jedynie dęba – pomnik przyrody. Już wtedy było to drzewo „po przejściach”. Miało w połowie złamany przewodnik oraz rozległy ubytek na pniu. Pozostała, mocno zdeformowana korona, była nadal żywa.

Niestety – czas i moim zdaniem zaniedbanie jego pielęgnacji doprowadziło drzewo do takiego stanu jak na zdjęciu poniżej.

A ponieważ nie jest to jednak jeszcze wszystko, co chciałbym przypomnieć z 1992 roku, więc…. ciąg dalszy nastąpi.
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego znajdziecie TUTAJ.

