Powiedziała mi niedawno znajoma osoba, która czytuje moje opowiadania, że… „opisujesz ładnie drzewa, miejsca, prace, a niewiele piszesz o ludziach z nimi związanych”. Chodziło o personalia tych osób. Trochę się broniłem, że jak to, przecież szereg nazwisk już padło. Jej jednak chodziło o tych, którzy byli (lub są nadal) właścicielami obiektów opisywanych już przeze mnie, czy też zlecali nam prace, jako osoby prywatne. „Bo skoro one (drzewa, parki, dwory) nadal żyją, funkcjonują, to należałoby to docenić i wspomnieć również o tych, którzy poświęcili na to swoje prywatne fundusze i włączyli w to często wielkie emocje”.

Ja mam na ten temat trochę inny punkt widzenia. Uważam, że osoby pełniące funkcje publiczne np. różni urzędnicy, konserwatorzy przyrody czy zabytków, naukowcy etc. muszą brać pod uwagę fakt, że ich nazwiska mogą być wymieniane publicznie, choćby w takiej formie jak moje opowiadania. I tutaj nie mam z tym żadnego problemu. Natomiast nazwisk naszych klientów, osób prywatnych, świadomie nie przytaczam. Chyba, że uzyskam od nich wyraźne pozwolenie. Zdarzyło mi się, bowiem kilka razy spotkać z negatywną reakcją takich osób. A ponieważ lubię zaglądać w miejsca, w których pracowaliśmy, nawet po latach, staram się nie „palić mostów, dzięki którym mogę się do tych miejsc dostać”. Większość osób bardzo szanuję za to, co zrobili lub robią dla tych obiektów, bądź dla ich „elementów składowych”. Jedną z osób, która pozwoliła mi cytować swoje nazwisko w trakcie moich opowieści, jest Pani Agata Mendel, właścicielka obiektu w Kiełczówce, który opisywałem w 7 odcinku. Prowadząc w tym obiekcie agroturystykę, trudno, aby była osobą anonimową. Szanuję ją za wysiłek który włożyła, aby podnieść ten obiekt z zapaści, oraz że  ponosi go nadal, aby utrzymać obiekt na dobrym poziomie!

Kiełczówka
Kiełczówka. Widok na tzw. mały staw oraz odbudowaną oficynę dworską.

Inne osoby z kolei szanuję za podejście do drzew, nawet tych pojedynczych, w swoich parkach czy ogrodach, czasami nawet przekraczające moje oczekiwania. Takim przykładem może być właściciel nowoczesnego domu z ogrodem, położonego w jednej ze znanych podłódzkich „zielonych” miejscowości – Żabiczkach. Ma w swoim ogrodzie starą robinię kulistą, będącą w okresie „schyłkowym”, czyli zamierającą i do tego z pochylonym pniem. Tak był do niej przywiązany, że nie wyobrażał sobie, aby mógł ją usunąć z ogrodu. Stąd kontakt z nami i prośba o wykonanie jej podparcia po to, że „gdy nawet zupełnie uschnie, to nie będzie stwarzać zagrożenia wywrócenia się”. Było to kilka lat temu. Zleconą pracę wykonaliśmy. Czy drzewo nadal tam jest nie wiem, bo od czasu wykonania tam prac, nie widziałem go.  Ale „szacun” dla tego Pana pozostał!

Żabiczki
Żabiczki. Prywatny ogród. Robinia przed podparciem – m-c maj 2016 r.
Żabiczki
Żabiczki. Prywatny ogród. Robinia z podporami – m-c czerwiec 2016 r.

A jak jestem już przy ludziach, to dodam, że w ciągu tych ponad 30-tu lat pracy przy drzewach poznałem nie tylko wiele wspaniałych, ciekawych miejsc, ale spotkałem też wielu ciekawych i wspaniałych ludzi! Z niektórymi zawarte przy okazji tych prac znajomości trwały przez lata, niektóre trwają do dzisiaj. Kilkoro z nich zasługiwałoby na własne oddzielne interesujące opowiadania. To jest taki dodatkowy „bonus” w moim życiu zawodowym, który sobie niezmiernie cenię! 

Kiedy przygotowywałem kolejne materiały, tym razem z roku 1993, stwierdziłem, że był to rok, w którym działo się w naszej firmie i wokół tyle ciekawych spraw, oraz że wykonywaliśmy tak wiele ciekawych prac, iż trudno mi będzie dokonać ich właściwej selekcji!

No cóż, z selekcją materiałów mam problem od rozpoczęcia pisania tych opowieści. Świadczy to chyba (?) o tym, że żyliśmy i pracowaliśmy w „ciekawych czasach” (przynajmniej dla nas)! W 1993 roku kontynuowaliśmy i rozwijaliśmy prace w Koszalinie oraz na terenie województwa koszalińskiego, równolegle prowadziliśmy je w Łodzi i okolicach, a także… na Litwie!

Rok rozpoczęliśmy ścinką kilkunastu drzew na terenie łódzkiego ZOO.  Ot, robota jak robota, gdyby nie to, że na wybiegu dla bizonów, gdzie mieliśmy jedynie skrócić suche drzewo i zostawić pień, jeden z samców nie dał się zagonić do stajni! Jego opiekun próbował odwrócić jego uwagę  „smakowitościami” i „zaprosić” do samego narożnika wybiegu, co pozwoliłoby na wykonanie tej pracy, niestety zwierzę nie było dla nas wyrozumiałe. Musieliśmy odpuścić. Ponieważ robiliśmy tam kilka dni, któregoś razu bizon dał się zamknąć i mogliśmy dokończyć prace.

W połowie stycznia część naszej brygady wyjechała do Parsowa koło Koszalina. W znajdującym się tam pałacu położonym w starym parku, bogatym w rzadkie i ciekawe okazy drzew, znajdował się Dom Pomocy Społecznej. Szukając pod koniec 1992 roku bazy noclegowej dla prac na rzecz Pani Konserwator Przyrody z Koszalina, otrzymałem kontakt do Dyrektora tego DPS Pana Anzelma Młodzika. Na terenie obiektu, w nowym budynku administracyjno-socjalnym były pokoje gościnne, o które mi chodziło. Pan Dyrektor zgodził się nas przyjąć „na kwatery” oraz korzystać ze stołówki. Tak rozpoczął się kolejny ciekawy okres w naszej firmie, ponieważ z gościnnego Parsowa korzystaliśmy kilkakrotnie, za każdym razem, gdy przyjeżdżaliśmy w te tereny, celem wykonania prac, do czasu powołania stałej brygady z miejscowych pracowników i wynajęcia na kilka lat bazy w Polanowie. Tutaj muszę dokonać pewnego wprowadzenia w temat obiektu pałacowo-parkowego w Parsowie. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć to miejsce w roku 1988, w ramach konferencji szkoleniowej zorganizowanej przez OSLiPDO w Kołobrzegu. Zawiozła nas tam Małgosia Kowalska, organizatorka tej imprezy (już o niej wspominałem wcześniej), aby pokazać nam stare dorodne drzewa, w tym niesamowite egzoty jak na nasze warunki np. duże tujopsisy, kryptomerię, czy żywotniki olbrzymie, a wcześniej, w pobliskim Nosowie, sośnicę japońską, o której też już wcześniej pisałem. Przyznaję, że takie rośliny zobaczyłem na własne oczy dopiero tam i to takich rozmiarów (cały czas podkreślając słowa – jak na nasze warunki). W parku i w jego pobliżu rosło również wiele starych okazałych drzew rodzimych gatunków, o których jeszcze napiszę. W czasie naszej wizyty (wrzesień 1988 r.) park był bardzo zaniedbany, a w zrujnowanym pałacu widoczne były  jakieś rozgrzebane prace remontowe. Obiekt zrobił na mnie przygnębiające wrażenie, tym bardziej, że podobny obiekt w Nosowie (oglądany kilka godzin wcześniej) był w „pełni życia”!  W moim archiwum zachowało się jedno zdjęcie z tego pobytu, na którym widać zarośnięty park, pojedynczą dorodną jodłę oraz budynek pałacu z rusztowaniami w tle, a pośród zarośli naszą grupę!

Pałac w Parsowie
Rok 1988. Parsowo. W tle remontowany pałac.

Kiedy więc w grudniu 1992 roku jechałem do Parsowa na rozmowy z Dyr. A. Młodzikiem miałem trochę „duszę na ramieniu”, ale jednocześnie kusiła bliskość tego obiektu w stosunku do miejsc, w których  mieliśmy w przyszłości wykonywać prace. Powiem krótko: to, co zobaczyłem na miejscu wywołało we mnie spory „szok”! A spotkanie z Dyr. A. Młodzikiem wywołało dalsze pozytywne emocje. Zastałem Pałac wyremontowany i wypełniony pensjonariuszami DPS-u oraz kilka nowych zabudowań administracyjno-gospodarczych przy wjeździe na teren, w których to m.in. były interesujące mnie kwatery. Dość powiedzieć, że zarówno widok obiektu, jaki zastałem oraz bardzo ciekawa i pozytywna dla nas rozmowa z Dyrektorem DPS-u spowodowała, że kiedy w drugiej połowie stycznia 1993 roku jechaliśmy już z brygadą, wiedziałem, że będzie dobrze! Tym bardziej, że Dyrektor postanowił (teraz po latach oraz mając na uwadze, iż Pan A. Młodzik od wielu lat już nie żyje, mogę to zdradzić), że nie będzie od nas brał pieniędzy za nasz pobyt i wyżywienie. Stwierdził bowiem, że… „ z tych pieniędzy nic nie będę miał, bo muszę je przekazać do kasy gminy” natomiast w zamian za to…„ będziecie mi panowie robić w parku porządek z drzewami”. Wyliczył mi, ile taki pobyt naszej brygady miałaby kosztować, a ja powiedziałem, co możemy za takie kwoty zrobić. Dzięki takiej prostej, acz mądrej decyzji (choć może nie do końca zgodnej z przepisami?), w trakcie naszych kilkukrotnych pobytów w Parsowie usunęliśmy powalone i uschnięte drzewa (a było tego trochę!) oraz wykonaliśmy pielęgnację niektórych starych dorodnych drzew w parku. Zresztą historia tego obiektu wymaga odrębnej opowieści, tak jak i osoba Pana Anzelma Młodzika. Spróbuję w którymś z kolejnych odcinków to zrobić.

Parsowo
Parsowo 1993. Budynek administracyjno-gospodarczy, a w nim min. nasze kwatery (okienka na poddaszu).

Korzystając z kwaterowania w Parsowie mieliśmy dosłownie „dwa kroki” do Żelimuchy, gdzie czekały na nas kolejne dorodne dęby (zaczęliśmy tam prace w 1992 roku). Gdy robiliśmy tam w m-cu styczniu i lutym, czasami podokuczał nam mróz. W trakcie prac doszło do „spektakularnego” zwolnienia jednego z naszych pracowników. Był to chłopak z Polanowa, a więc miejscowy, który w trakcie naszych ubiegłorocznych prac na alei bukowej „przylgnął” do ekipy. Najpierw pracował, jako tzw. ”dolny”, a z czasem wszedł i na drzewa w towarzystwie innego pracownika – „nauczyciela”. Tak to się bowiem u nas odbywało. Kiedy wracaliśmy do Łodzi, miał obiecane, że po naszym ponownym przyjeździe wróci do ekipy. I tak się stało. Ale… był to typ krnąbrnego, chodzącego trochę „swoimi drogami” osobnika, niezbyt chętnie słuchającego krytycznych uwag w aspekcie m.in. zlecanych mu do wykonania prac. Miał chłopak pecha, że z brygadą był wtedy Klimek. Wspólnik mój nie znosił, jak pracownik robił coś wbrew jego poleceniom. Starsi nasi pracownicy wiedzieli, że na zwróconą im uwagę z jego strony, że coś jest robione niewłaściwie lub nie w takiej kolejności, jak on im polecił, nie mogą się tłumaczyć w stylu …”szefie, bo ja myślałem, że…”. W rewanżu z reguły padała z jego ust formułka „od myślenia, *****, to ja tu jestem, a ty masz robić, co ci każę”! Niestety osobnik, o którym tu piszę, nie rozumiał, że brak pozytywnej reakcji na kolejne uwagi ze strony Klimka, skończy się dla niego przysłowiowym „wilczym biletem”. Dosłownie i w przenośni. W trakcie pracy na drzewie, otrzymał polecenie zjechania na ziemię (pracowali na linach), przebrania się i powrotu do Polanowa. I żeby nie było…, dostał od Klimka na bilet PKS do domu! I tak skończyła się jego kariera zawodowa w naszej firmie! Jest i ciąg dalszy tej historii. Z tej samej rodziny, co ów człowiek, mieliśmy później w brygadzie dwóch dobrych pracowników (bracia, pochodzili obaj z Polanowa, byli kuzynami z tym samym nazwiskiem tego zwolnionego). Jeden z nich związał się tak z naszą firmą, że gdy likwidowaliśmy po kilku latach brygadę w Polanowie (będę o tym jeszcze pisał), zdecydował się przyjechać z nami do Łodzi i pozostać w firmie przez kilka lat, ściągając również do Łodzi swoją rodzinę! Był przez te lata jednym ze sprawniejszych i najwydajniejszych pracowników, mimo poważnego defektu wzroku! Później różnie układały się jego losy życiowe, ale można z dużą dozą pewności powiedzieć, „że drzewa zmieniły jego życie”! Zresztą nie tylko jemu. Inny z naszych pracowników, wykonał ruch w drugą stronę. Był z Łodzi, poznał w Polanowie dziewczynę, z którą założył rodzinę i pozostał w Polanowie na stałe. Kilka lat temu tam go spotkałem. Miał dorosłe dzieci. Kiedy od nas odszedł, zatrudnił się u drogowców i pracował m.in. przy drzewach, wykorzystując nabyte u nas umiejętności.

Żelimucha
Rok 1993. Żelimucha. Część brygady na tle robionych drzew. Dąb z lewej strony miał ubytek, o którym poniżej.

Dojeżdżaliśmy z Parsowa i w inne miejsca: do pobliskiego Nosowa, gdzie prowadziliśmy prace w przypałacowym parku, do Koszalina gdzie m.in. wynajmowani byliśmy przez Zakład Energetyczny oraz Dyrekcję Okręgową Dróg Publicznych oraz na opisywaną już pomnikową aleję bukową Nacław-Jacinki. Dodatkiem i dużym urozmaiceniem dla nas i dla naszej brygady były kursy i szkolenia, jakie prowadziliśmy dla różnych służb. Ja, jako wykładowca, przedstawiciel PTChD-NOT (oczywiście wraz z innymi kolegami wykładowcami), a nasi pracownicy w ramach tzw. prac pokazowych. Mogli przy okazji imponować kursantom m.in. swoimi umiejętnościami pracy na linach. Ponadto byłem czasami zapraszany do koszalińskich szkół, aby poopowiadać uczniom, co my też przy tych starych drzewach robimy i dlaczego?

Jeden z kursów w m-cu lutym 1993 roku odbywał się w miejscowości Jeleń. Uczestniczyło w nim kilkudziesięciu pracowników służb drogowych i z telekomunikacji. Pokazy obejmowały zarówno prace przy użyciu podnośnika jak i metodą linową. Niektórzy z kursantów próbowali swoich sił „w walce z uprzężą”.

Kurs w Jeleniu
Rok 1993. Luty. Pokazy w trakcie kursu w m. Jeleń.
Kurs w Jeleniu

O ile kurs w Jeleniu był adresowany do pracowników fizycznych wykonujących prace przy drzewach, o tyle kurs zorganizowany w Nosowie, który w tamtym czasie pełnił funkcje ośrodka szkoleniowego Urzędu Wojewódzkiego w Koszalinie, był skierowany do urzędników: pracowników urzędów gmin, powiatów, województwa.  Kierownik Ośrodka Szkoleniowego w Nosowie, który poznał nasza ekipę w trakcie pokazów na wspomnianym kursie, zlecił nam któregoś razu ścinkę dorodnej, uschniętej daglezji, rosnącej niedaleko budynku pałacowego…. „ wie pan przyjeżdżają różni tacy, i mądrzą się, że strup taki tutaj straszy…”. Z uwagi na swoje rozmiary oraz na bliskość z zabytkowym obiektem i innymi stojącymi obok obiektami gospodarczymi (komórki, wiaty), trzeba było najpierw skrócić ją trochę, (miała nietypowo ,dwa kilkumetrowe wierzchołki) a następnie pozostały pień bezpiecznie, kierunkowo położyć. W trakcie prac nadzorowanych wtedy przez Klimka, doszło do jednej z kolejnych, „ciekawych” rozmów szefa z pracownikiem. Wisząc już wysoko na drzewie pracownik stwierdził, że nie da się tego zrobić bezpiecznie, z pełną kontrolą, czyli tak jak należało! Klimek nakazał mu zjechać, ubrał się w jego uprząż tak jak stał, wszedł na drzewo, ściął bezpiecznie to, co było trzeba, po czym położył pozostały pień. Ja dojechałem na miejsce już po fakcie, gdy drzewo leżało. Tym razem nie było dalszych reperkusji, bo pracownik po prostu „był w strachu”. Lepiej tak, niż gdyby miało to mieć jakieś negatywne skutki, np. spowodowanie szkody.

Park w Nosowie
Park przypałacowy w Nosowie. Ścięta daglezja w tracie obrabiania.

W tymże to Nosowie, w trakcie trwania ww. kursu, miała miejsce pewna „pokoleniowa scenka rodzajowa”, która mocno zapadła mi w pamięci na wiele lat. Któregoś popołudnia, oczekując na zakończenie wykładów prowadzonych wtedy przez śp. Anię Szczocarz (wtedy była jeszcze dwojga nazwisk Kuchta –Dyszkiewicz), usiadłem sobie w pałacowym „barku-rabarbarku”, uruchamianym po zakończeniu wykładów, m.in. dla potrzeb kursantów, którzy zamieszkiwali w pałacu w trakcie kursu. Zabawiając rozmową młodą, niebrzydką zresztą, barmankę, zapytałem jak wygląda życie w tygodniu, w takim oddalonym od miasta ośrodku.

– „ No wie Pan, do piątku z reguły są jakieś kursy, szkolenia, spotkania… a w soboty i niedziele odbywają się u nas różne zamawiane imprezy … wesela, chrzciny, imieniny.”

– „A macie jakiś zespół muzyczny?” – zapytałem. – „Oczywiście” – odpowiedziało miłe dziewczę. – „Gra takich czterech starszych panów. No takich mniej więcej jak Pan”.

Tak to, po raz pierwszy, dotarło do mnie, iż mając nieco ponad 40-ci lat, jestem już dla niektórych po prostu starszym panem!

A wracając do naszych prac przy dębach w Żelimusze, to na jednym z nich wykonywaliśmy czyszczenie i zabezpieczanie rozległego, otwartego ubytku kominowego. Była to solidnie wykonana robota, wg obowiązujący wtedy zasad. W jej efekcie wnętrze pnia zostało pozbawione spróchniałego drewna do wysokości ok 2,5 m. Dno ubytku zostało oczyszczone z wszelkich zanieczyszczeń i wysypane kruszywem na głębokość ok. 30 cm. Krawędzie ścian ubytku, tam gdzie znajdowały się żywe tkanki kalusa, zostały posmarowane Santarem (odpowiednik Funabenu), a drewno wewnątrz pnia zabezpieczone środkiem impregnującym, jeszcze przed wypełnieniem go kruszywem. Efekt prac widoczny jest na kilku poniższych slajdach.

Dąb w m. Żelimucha
Żelimucha. Rok 1993. Dąb z ubytkiem po wykonaniu prac.
Dąb w m. Żelimucha
Żelimucha. Rok 1993. Ściany ubytku w dębie od wewnątrz, po wykonanych pracach.
Dąb w m. Żelimucha

Często przejeżdżałem obok, przez wiele lat pracy w tamtych terenach, ale nie zaglądałem do tego ubytku, zadowalając się jedynie widokiem zieleniącego co roku w pełni drzewa.

Dąb w m. Żelimucha
Żelimucha. Rok 2003 – wrzesień. Opisywany dąb z ubytkiem w pniu to ten z prawej strony.

Faktem jest, że miejsce nie zachęcało do zatrzymywania się (ciągła linia przy poboczu). Kilkakrotnie zatrzymywałem się na postoju odległym o kilkaset metrów od tego drzewa, na którym znajdował się nieźle dający jeść grill-bar, ale jakoś nigdy nie zmobilizowałem się, aby tam podejść. Dopiero w 2014 roku postanowiłem obejrzeć z bliska drzewo i ubytek. Ale za to zrobiłem to dwukrotnie. W zimie (luty) i latem (sierpień). Wówczas wykonałem szereg zdjęć oraz pomiary. Obwód drzewa: 630 cm; grubość kalusa na krawędzi ścianek zewnętrznych: 6-10 cm; rozmiary ubytku: zewnątrz 320 cm x 90 cm, wewnątrz 450 x 120 cm

Zaznaczam, że od 1993 roku nie wykonywano przy tym drzewie żadnych prac.

Dąb w m. Żelimucha
Żelimucha. Rok 2014 – luty. Ubytek w pniu dęba po 21 latach od wykonania prac.
Dąb w m. Żelimucha
Żelimucha. Rok 2014 – luty. Ubytek w pniu dęba po 21 latach od wykonania prac.
Dąb w m. Żelimucha
Dąb w m. Żelimucha

Ubytki w ogóle, a wgłębne w szczególności i ich zabezpieczanie, zawsze były najbardziej kontrowersyjnymi tematami w naszej pracy przy drzewach. Nigdy, moim zdaniem oczywiście, nie doszło do profesjonalnej dyskusji na te tematy: „ szkodzą, nie szkodzą”; „robić, nie robić”; „ jeśli robić, to, w jakim zakresie i kiedy” itd. itp. Strony mocno okopały się w swoich opiniach, nie wstrzymując się z definitywnymi wnioskami, np. do czasu, aby można było zobaczyć wieloletnie efekty POPRAWNIE (specjalnie podkreśliłem to słowo) wykonanych prac. Natomiast każda niezgodnie „ze sztuką” wykonana praca, a często bywała ona robiona przez przypadkowych wręcz wykonawców (głównie ze względów komercyjnych), stawała się natychmiast argumentem dla przeciwników takich zabiegów! Z braku dowodów, popartych badaniami i wieloletnimi obserwacjami, zawsze słyszałem, że… „na zachodzie już się tego nie robi”. Ponieważ obecnie temat w praktyce właściwie nie istnieje, pozwalam sobie pozostawić go bez komentarza, mając oczywiście swój własny pogląd. Ot przedstawiam powyższy przykład, jako jedną z wielu wykonanych wtedy przez nas prac.

Dąb w m. Żelimucha
Żelimucha. Rok 2014 – sierpień. Środkowe, nieco pochylone, to drzewo z robionym ubytkiem.

Do Łodzi brygada wróciła pod koniec lutego, aby z początkiem marca rozpocząć prace w kolejnym zabytkowym Parku Źródliska II. Z tego „zielonego trójkąta” Park Źródliska I, skwer zwany obecnie „Skwerem Leona Niemczyka” oraz Park Źródliska II, moim ulubionym był właśnie PŹII. Stąd, gdy przychodziło mi w nim pracować, robiłem to z wielką frajdą! Dlatego bardzo ubolewam nad jego aktualnym stanem totalnej zapaści. Część położona wzdłuż  ul. Fabrycznej jest dla mnie przysłowiowym „papierkiem lakmusowym” dla obecnej kondycji zabytkowej zieleni w naszym mieście! Trwający tam od kilkunastu lat proces zamierania starych drzew, ich wykroty powodujące zniszczenia pobliskich często jeszcze żywotnych drzew, jest bardzo przygnębiającym widokiem. Bezpowrotnie straconych zostało wiele bardzo rzadkich i ciekawych okazów tam rosnących, a kolejne niechybnie spotka ten sam los! Całe szczęście, że jedno z moich ulubionych łódzkich drzew, pomnikowy dąb, rośnie w tej części, która jeszcze się „broni”. Nie jest on największym drzewem w tym parku, ale to chyba jego pokrój spowodował, że go tak polubiłem. Za każdym razem, gdy tam bywam sprawdzam czy jest i jak wygląda!

Dąb w parku Źródliska
Park Źródliska II. Jedno z moich „ulubionych łódzkich drzew”.

W marcu rozpoczęła się również nasza wieloletnia współpraca z Parafią Św. Lamberta w Radomsku i zawodowa znajomość z jej Proboszczem Ks. Marianem Jezierskim oraz Panem Romanem Walasem, kierownikiem parafialnych cmentarzy. Ks. Proboszcz, poznawszy  firmę w trakcie prac dla Konserwatora Przyrody w roku poprzednim, zaprosił nas w celu omówienia ewentualnych prac przy pielęgnacji drzew na Starym Cmentarzu. Pokazał nam z Klimkiem, w trakcie tej wizyty, rozpoczęte i nie zakończone prace przez inną firmę.

Panowie ci zrobili te drzewa, które można było przy użyciu podnośnika, czyli tylko przy głównej alejce na wprost bramy wjazdowej i ewentualnie kilka nad kwaterami w pobliżu, na ile pozwalał zasięg ramienia podnośnika. Zastaliśmy po porostu rozpoczętą i nie zakończoną pracę. Jak to się ładnie mówi wśród fachowców – „robota była rozgrzebana”! Zapytano nas  czy jesteśmy w stanie podjąć się tej pracy i ewentualnie za ile? Odeszliśmy na kilkanaście minut na bok celem ustalenia między sobą tych spraw, po czy uzgodniliśmy warunki oraz termin wykonania tych prac. Proboszczowi zależało na ich pilnym wykonaniu. Wyczuwaliśmy, że był bardzo zdegustowany tą sytuacją i chciał mieć to jak najszybciej za sobą. Ale o tym co było dalej i innych naszych pracach w kolejnych odcinkach…

Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki

Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego znajdziecie TUTAJ.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *