Po zakończeniu pierwszego etapu prac na cmentarzu w Radomsku, jeszcze przed naszym wyjazdem do Wilna, w maju 1993 roku, otrzymaliśmy zlecenie na wykonanie pielęgnacji grupy pomnikowych drzew przy Klasztorze Księży Filipinów w Poświętnem, w powiecie opoczyńskim. Były to dęby i lipy, łącznie chyba 8 lub 9 szt. Wśród nich kilka bardzo okazałych, a jeden miał wtedy ponad 6 m obwodu. Piszę chyba, bo niestety z tego czasu moje notatki mają różny poziom ”szczegółowości”, a później nigdy, niestety, tam już nie byłem. Prace zapamiętałem przede wszystkim z powodu bardzo dużej gościnności ze strony księży, którzy dokarmiali naszą ekipę obiadami, oraz wspominane już w jednym z poprzednich odcinków problemy z „adaptacją sprzętową” pracującego wtedy w brygadzie świeżo zatrudnionego alpinisty z Poznania. Nie pracował u nas zbyt długo, potraktował pobyt w naszej brygadzie na zasadzie „stażu pracy w celach nauczenia zawodu” i potem istniał przez jakiś czas w tej branży na terenie Wielkopolski. Natomiast zachowało się kilka zdjęć z tego miejsca.


Ponieważ zaraz po naszym powrocie z Litwy mieliśmy już zaplanowany wyjazd do Parsowa, który służył nam za bazę pobytową w tracie umówionych prac w Koszalinie i województwie koszalińskim, zrobiliśmy jeszcze w maju zabiegi przy „Lipie Reymonta” w m. Prażki.
„Zapowiadałem” jej bardziej szczegółowe opisanie w cz. 8 moich opowieści.
Lipa ta kilkakrotnie poddawana była zabiegom pielęgnacyjnym. Najpierw przez pracowników Ligi pod nadzorem Klimka jeszcze w latach 80-tych. Zamontowano tam wtedy kilka wzmocnień sztywnych na pniu, który był pusty wewnątrz, natomiast korona, mimo widocznej deformacji, była nadal imponująca. My mieliśmy w 1993 zrobić pielęgnację jej korony oraz poprawić zabezpieczenie ubytku kominowego. Drzewo to rośnie w bardzo urokliwym miejscu, nad rzeczką Miazgą, w pobliżu starego młyna. Jest związane z życiem naszego pisarza noblisty (wspominanego już przeze mnie przy okazji drzew w Kobielach Wielkich), Władysława Reymonta. Niedaleko mieszkał stryj pisarza (był kolejarzem i pełnił funkcję dróżnika), a W. Reymont często u niego przebywał i pisał tam swoje utwory. Stoi tam w pobliżu budynek, na którego podwórzu znajduje się głaz z tablicą okolicznościową. Potem jeszcze raz, w listopadzie 2006 roku, robiliśmy przy niej zabiegi. Jest to jedno z moich ulubionych drzew, do którego często zaglądam. Ponieważ miejscowość znajduje się stosunkowo niedaleko od Łodzi, polecam ją również miłośnikom wycieczek rowerowych. Można doń dojechać urokliwymi bocznymi drogami.








To o tym drzewie napisano w jednej z niedawno wydanych publikacji, że „nie widać, aby wykonywano przy niej jakieś zabiegi”! Poczytuję to sobie za wielki zawodowy komplement!
Zaraz po naszym powrocie z Wilna, w połowie czerwca, cała ekipa wyjechała do Parsowa, skąd dojeżdżaliśmy do różnych miejscowości województwa koszalińskiego, w których prowadzone były prace. Mieliśmy zaplanowane w tamtych terenach prace do końca roku. Z uwagi na okres urlopowy była rotacja wśród pracowników ekipy, a pod koniec lipca kilku z nich wróciło do prac w Łodzi i okolicach. W brygadzie zatrudnialiśmy w tym okresie ok. 15-tu pracowników. Piszę około, gdyż w czasie pobytu w woj. koszalińskim „podpieraliśmy się” miejscowymi, głównie do tzw. prac pomocniczych.
Na terenie miasta Koszalina, w którym zaczęliśmy intensywnie funkcjonować, najpierw na zlecenie ZDM- u, a później również na zlecenie innych instytucji, wykonaliśmy kilka ciekawych prac. Był to czas tworzenia się nowego dynamicznego rynku – rynku developerskiego, który – jak pokazał czas – spowodował poprzez silne lobbowanie u decydentów wiele korzystnych dla siebie zmian w prawie, w efekcie których stał się wręcz „pożeraczem miejskich terenów zieleni”! Zauważyłem, że obecnie każdy developer stara się mieć w nazwie swoich nowych inwestycji jakieś magiczne „zielone słowo” – park, ogród, zielony lub słoneczny taras itp., dzięki którym chce pozyskać klientów, a jednocześnie – paradoksalnie – dla swoich „żarłocznych potrzeb”, niszczy stare zadrzewienia i utwardza powierzchnie, dotychczas porośnięte różnorodną zielenią. W początku lat 90-tych można było jeszcze, w oparciu o stare prawo, wymusić u nich „szacunek” dla istniejącej zieleni, w tym głównie drzew. Dlatego pewna firma, stawiająca budynki usługowo-mieszkalne w Koszalinie przy ul. Podgórnej, zleciła nam zabezpieczenie rosnących drzew na skarpie obok budowy. Był tam jesion – pomnik przyrody – a w zasadzie to dwa drzewa zrośnięte ze sobą w bryle korzeniowej oraz klon pospolity. Jesion był bardzo widowiskowy, jako że rósł na skarpie, na którą „wylały się” jego nabiegi korzeniowe.



Drzewa dobrze zniosły wykonane zabiegi, zaakceptowały nowe sąsiedztwo oraz rozrosły się znacząco, o czym świadczy m.in. poniższe zdjęcie z sierpnia 2020 roku.

Obok tego drzewa, tak jak obok wielu innych w Koszalinie, które były pomnikami przyrody, zostały onegdaj postawione tablice w celach edukacyjnych, zawierające informacje „przybliżające” specyfikę danego gatunku oraz inne ciekawe informacje z nimi związane.
Nie wiem czy wszystkie one przetrwały, tak jak nie wiem czy nadal żyją wszystkie drzewa pomnikowe w Koszalinie, ale tablica przy opisywanym jesionie w 2020 roku nadal była.

W poprzednich odcinkach opisywałem już wielokrotnie pomnikową aleję bukową Nacław–Jacinki. W 1993 roku otrzymaliśmy zlecenie na kolejne prace przy rosnących na niej drzewach. Był tam buk z mocno naderwanym grubym konarem, grożącym oderwaniem. Postanowiliśmy go ratować przed wycinką, poprzez podwiązanie tego osłabionego konara do innych konarów po przeciwnej stronie korony, niejako „przerzucając” jego ciężar na drugą stronę drzewa. Oczywiście wzmocnienie to wykonaliśmy w technice zwanej obecnie „inwazyjną” (wtedy tego słowa w ogóle nie stosowaliśmy). Efekt – drzewo rosło przynajmniej do sierpnia 2020 r. (kiedy je ostatnio widziałem), bez potrzeby redukcji korony i nie stworzyło przez te 28 lat żadnych zagrożeń dla ruchu na dosyć intensywnie użytkowanej drodze wojewódzkiej.



Tego typu wzmocnień na drzewach w alei, do czasu przerwania prac w 1996 roku, wykonaliśmy kilkadziesiąt. Wszystkie te drzewa w sierpniu 2020 r. nadal tam były.
Z ciekawszych drzew, wykonywanych przez „łódzką” cześć brygady, chciałbym wspomnieć „Dąb Wolności”, rosnący przy klasztorze oo. Paulinów w Wielgomłynach, pow. Radomsko.
To okazałe drzewo o obwodzie pow. 750 cm ostatnio widziałem w roku 2015. Nie wiem, czy był robiony po naszych zabiegach z 1993 roku, ale nadal imponował swoimi rozmiarami, jak i wielką żywotnością. Jego wiek szacowany jest na ok. 400 lat.


Na terenie Łodzi zlecono nam zabiegi przy dębie pomnikowym na ul. Krakowskiej. Rósł on, na mocno zarośniętej działce, kilkaset metrów za szkołą znajdującą się przy ul. Minerskiej. Od pewnego czasu nosi imię „Włodek” na cześć Włodzimierza Puchalskiego, wielkiego przyrodnika, fotografa i filmowca, propagatora ochrony przyrody. Natomiast nie pamiętam, żeby w tamtym czasie, tj. w 1993 roku, już takie imię nosił? Był wtedy jednym z wielu dorodnych pomnikowych drzew wymagających zabiegów. Miał „niedobry” pokrój, zbudowany w oparciu o dwa potężne pnie, zrośnięte w kształt litery „V”, a więc najbardziej niebezpiecznie ze względu na statykę. Już wtedy zarysowała się tendencja do oddzielania się jego pni, spowodowana przyrostem na grubość, i zarysowało się pomiędzy nimi pęknięcie.

Wykonaliśmy wtedy cięcia sanitarne wraz z korektą wysokości oraz zamontowaliśmy wiązanie linowe przewiercane. Otoczenie drzewa w rzucie korony oczyściliśmy z podrastających krzewów i samosiewów drzew. Kolejny raz zlecono nam prace przy tym drzewie w roku 2002. Na przestrzeni tych lat drzewo się rozrosło i rozwarstwienie pni znacznie się powiększyło.

Poza cięciami w koronie domontowane zostało kolejne dodatkowe wzmocnienie elastyczne, jako ewentualny zabezpieczenie wcześniejszego wiązania, tym razem już „nieinwazyjne” – tzw. opasowe. Stare przewiertowe wzmocnienie z 1993 roku pozostało na drzewie, bowiem cały czas spełniało swoją funkcję. Nie znaleźliśmy wtedy żadnych objawów jego osłabienia.

Po nas prace przy drzewie wykonywały w następnych latach już inne firmy, o czym świadczyło m.in. kolejne zainstalowane na nim wzmocnienie elastyczne, tym razem typu „cobra”. Przekonałem się o tym wiosną 2015 roku, kiedy będąc w owej szkole na spotkaniu Rady Programowej Międzynarodowego Festiwalu Filmów Przyrodniczych im. Włodzimierza Puchalskiego zajrzałem do niego, przechodząc przez porastający gąszcz samosiewów. Zaniepokoił mnie stan drzewa, więc podjąłem próby kontaktu z osobami mogącymi zdecydować o wykonaniu koniecznych prac przy drzewie. Ponownie interweniowałem w 2018 roku, po kolejnej mojej, tym razem jesiennej, wizycie przy drzewie. W efekcie dopiero w 2019 roku wykonane zostały prace pielęgnacyjne, w trakcie których „odciążono” drzewo, bo o to też głównie w tym przypadku chodziło, celem „poluzowania” naprężenia jego wzmocnień, pracujących na granicy wytrzymałości!



Zawsze kiedy przejeżdżam ul. Krakowską, a dzieje się to dosyć często, za każdym razem na wysokości tego drzewa mój wzrok kieruję w jego stronę, niejako sprawdzając czy jeszcze tam jest, w szczególności po gwałtownych wiatrach czy silnych opadach. Dotychczas dzielnie się „broni”! Ostatnio zauważyłem, że w jego pobliżu powstaje wielorodzinny budynek mieszkalny (osiedle?). Ponieważ jeszcze nigdy w swoim długim życiu takiego sąsiedztwa nie miał, nie wiem jak z nim sobie poradzi?
Przeglądam swoje podręczne „notatki-brudnopisy” z 1993 roku i widzę, że nie zmieszczę tego, co chciałbym zaprezentować Szanownym Czytelnikom w tym odcinku, dlatego zapraszam do następnego, w którym może uda mi się „upchnąć” pozostałą część tego bogatego w prace i wydarzenia roku, w co zresztą bardzo wątpię.
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego znajdziecie TUTAJ.
PS. W „Czasopismie Przyrodniczym Ilustrowanym” z 1934 r. znalazłam wzmiankę o lipie w Prażkach, o której jest mowa powyżej.


