Kontynuując wspomnienia z 1994 roku chciałem kilka zdań poświęcić tematyce szkoleń, ale nie tych dla profesjonalistów, bardzo specjalistycznych, lecz dla osób, którym na co dzień, poza ich innymi obowiązkami, powierzano również czynności związane z utrzymaniem terenów zieleni. Tak, tak… chodzi mi o tzw. gospodarzy domów, dawniej zwanych dozorcami, (że nie wspomnę o „cieciu”, bo mogę w ten sposób kogoś obrazić!).
Szczerze mówiąc nie wiem jak teraz nazywana jest taka osoba?
Jesienią, na początku października, zostałem poproszony o przeszkolenie takich osób w zakresie poprawnego wykonywania podstawowych zabiegów przycinania krzewów i drzew. Miejscem była sala konferencyjna UMŁ mieszcząca się w Łodzi na ul. Bojowników Getta Warszawskiego. Uczestniczyli w tym zarówno „opiekunowie” terenów zarządzanych przez miasto, jak i przez spółdzielnie mieszkaniowe. Odbywało się to dla nich nieodpłatnie.
Przez cztery dni wykładowe oraz dwa dni pokazów łącznie wzięło w nich udział 175 osób. Mam świadomość, że nikt po takim przeszkoleniu nie został mistrzem w zawodzie, ale jestem głęboko przekonany, że uratowanych zostało przed niepotrzebnymi „zabiegami” trochę drzew i krzewów na ówczesnych łódzkich osiedlach i podwórkach!

Szkolenia były organizowane również dla pracowników Urzędów Dzielnicowych, czy dla pracowników „OBREM-u” – np. odczyt o pielęgnacji starych drzew, który miał miejsce w Arturówku (w „Prząśniczce”) wraz z demonstracją prac. Nie wiem czy w obecnych czasach miasto stać na tego typu „filantropię”? Wydaje mi się, że obecnie w UM obowiązuje zupełnie inne podejście do problemu zieleni w mieście. Skupiono się na inwestycjach, „widowiskowych” sezonowych obsadzeniach w centrum miasta, pozostawiając na uboczu systematyczną pielęgnację, ograniczając się jedynie do przypadkowych reakcji (i to często spóźnionej) na występujące zdarzenia. Może to zabrzmi jak wzmiankowane już „opowieści starego doktora” i nie chcę niczego idealizować, ale onegdaj UM spoglądał na zieleń miejską kompleksowo. Bez względu na to, w czyich rękach ona była. Zarówno próbowano pomagać w jej prawidłowym utrzymaniu (patrz szkolenia j.w.), ale również starano się zdecydowanie reagować na pojawiające nieprawidłowości, bez względu na to, kto zarządzał terenami, na których do nich dochodziło! Ale może mi się tylko tak wydaje?
W każdym razie szkolić, szkoliłem. Pamiętam i mam to zapisane w moich notatkach!
I to nie tylko ja, inni też to robili. Widać w tamtych czasach, gdy nie było pod ręką przysłowiowego „wujka google”, chętniej korzystano z wiedzy wynikającej ze zdobytych doświadczeń. Obowiązywała wtedy taka niepisana zasada… ” ucz innych i ..ucz się od innych”! , a że jestem z tamtej epoki, na miarę swoich możliwości nadal jej przestrzegam. Zieleń w ogóle, a miejska (bo głównie o takiej tutaj piszę) w szczególności, wymaga m.in. konsekwentnego i rozpisanego na lata postępowania z nią i przy tym dużo cierpliwości, bo właściwe efekty przychodzą często dopiero po latach. Ciągłe zmiany w jej zarządzaniu, ciągła wymiana ludzi odbija się niekorzystnie na jej stanie. To widać na przykładzie m.in. naszego miasta (choć myślę, że nie tylko u nas tak jest)! Zaklinanie rzeczywistości starą zasadą obowiązującą w słusznie minionych latach, że „jak nie może być lepiej, to musi być inaczej” – nie poprawi stanu naszych parków czy skwerów, nie wspominając już o moich ukochanych starych drzewach!

Jednej z największych, jakie rosły w naszym mieście.
Ponieważ przykład powyższy niestety nie jest wyjątkowy, dlatego pozwolę sobie zacytować pewien obowiązujący nadal akt prawny:
„ §1a. W ramach ochrony czynnej, w stosunku do pomników przyrody, o których mowa w § 1, ustala się możliwość dokonywania zabiegów pielęgnacyjnych, z uwzględnieniem zasad dobrych praktyk ogrodniczych, po uzgodnieniu ich przedmiotu i zakresu przez Prezydenta Miasta Łodzi.
§ 2. Nadzór nad wymienionymi w załącznikach nr 1-4 do uchwały pomnikami przyrody, sprawuje Prezydent Miasta Łodzi.
….
§ 4.Wykonanie uchwały powierza się Prezydentowi Miasta Łodzi.”
(Jest to wyciąg z Uchwały NR XCI/1612/10 Rady Miejskiej w Łodzi z dnia 7 lipca 2010 r., stanowiącej załącznik do obwieszczenia RM w Łodzi z dnia 14 stycznia 2015 r., stanowiącego załącznik do uchwały nr IV/55/15 RM w Łodzi z dnia 14 stycznia 2015 roku – Dz.U. Woj. Łódzkiego z dnia 28 stycznia 2015 r. poz. 251.)
Jak widać łatwiej jest uchwalić prawo niż je później przestrzegać i realizować! Obawiam się, że niedługo zacznie przybywać uchwał w sprawie „znoszenia ochrony prawnej drzew stanowiących pomniki przyrody”. To zdecydowanie łatwiejsze (i tańsze) niż ich ochrona i pielęgnowanie!
Ważnym wydarzeniem w historii naszej firmy był fakt pojawienia się, latem 1994 roku, na naszym wyposażeniu samojezdnej frezarki do pni Firmy Vermeer, z hydraulicznie sterowaną głowicą. Na owe czasy był to „mercedes” w tego typu sprzęcie, a ponieważ była to fabrycznie nowa maszyna, kosztowała jak niezłej marki samochód! Stało się to za pośrednictwem tej samej krakowskiej firmy, która zaopatrzyła nas kilka lat wcześniej w rębarkę. I tak jak poprzednio był to drugi egzemplarz w Polsce (pierwszy również był u sprzedawcy tego sprzętu)! Kolejna rewolucja w możliwościach wykonywania naszych prac. Przyjmując propozycję zakupu tej maszyny nie mieliśmy oczywiście takich środków finansowych. Ale od czego są przyjaciele. Pewna firma kupiła dla nas ten sprzęt, a my spłacaliśmy ją ratami. Leasing wtedy jeszcze raczkował! Podobnie jak przy zakupie rębarki udało nam się zorganizować pokaz freza przed kamerami TVP, na terenie Parku Źródliska II.

Niestety, w przeciwieństwie do rębarki, jej zakup przez długie lata nam się nie spłacał. Jakoś ta forma usługi nie zyskała większego zainteresowania.
Przytoczę tu pewne zdarzenie, które miało miejsca jakiś czas po zakupie freza. Poszedłem do przedstawiciela instytucji zarządzającej wtedy w Łodzi miejskimi ulicami z ofertą usług wykonywanych przy użyciu tej maszyny. Zaproponowałem wyfrezowanie przykładowo kilku karpin po ściętych drzewach na ul. Roosevelta w Łodzi. Dlaczego akurat tam? Po prostu mieliśmy obok swój Bank i wielokrotnie idąc do niego potykałem się o sterczące resztki drzew! Powiedziałem mu, że wykonamy to w kilka godzin i zaoferowałem jakąś cenę, która wg tego Pana była za wysoka. Było to jeszcze przed denominacją złotego, więc werbalnie brzmiało to poważnie, bo kilkaset tysięcy za sztukę (przypomnę młodszym osobom proporcję późniejszej wymiany pieniążków: stare 10.000 zł = nowy 1,00 zł). Stwierdził, że on to zrobi taniej tradycyjnie, zatrudniając robotników. Fakt! Po kilku dniach (chodziłem tam prawie codziennie), pojawiła się brygada złożona z trzech osób, która ponad tydzień (sic!) siłowała się z trzema karpinami po ściętych robiniach (to prawda, nie były małe!). Swoją drogą, jak niewiele musieli zarabiać pracujący tam panowie, albo…. ktoś komuś chciał coś udowodnić? A że nie za swoje to zrobił, to już zupełnie inna bajka. Takie to były czasy!

Z ciekawszych drzew, jakie robiliśmy w 1994 roku, był dąb-pomnik przyrody – rosnący na cmentarzu w Ozorkowie. W ramach zleconych prac m.in. zabezpieczaliśmy duży ubytek wgłębny w pniu, dokładnie w rozwidleniu konarów. Po nas różne firmy wykonywały przy nim prace, ale jedynie w koronie (wzmocnienia, cięcia). Wiosną 2015 roku, będąc przy okazji w okolicy, zajrzałem na ten cmentarz. Chciałem zobaczyć jak wygląda to drzewo (czy w ogóle jeszcze jest), a głównie jak prezentuje się ten ubytek. Drzewo było i wyglądało jak na zdjęciach poniżej.



Czasami w trakcie oględzin drzew, wiele lat po naszych pracach, np. w towarzystwie innych osób, pada pytanie.. skąd Pan wie? (lub.. skąd wiesz?), że nikt po was nie pracował przy ubytku, czy że nie wykonywał cięć?… Po prostu wiem!!! To właśnie nazywa się … d o ś w i a d c z e n i e!
Chciałbym teraz powrócić do roku 1987 i m. Babsk, w której wykonywaliśmy prace przy 7 szt. dębów pomnikowych. Wspominałem już o tym w odc. 6, pisząc m.in. „ Prace przy nich polegały głównie na usuwaniu suszu, montowaniu niezbędnych wzmocnień elastycznych i sztywnych oraz prace przy ubytkach, które w owym czasie były w podstawowym zestawie usług oczekiwanych ze strony chirurga drzew!”.
Powodem jest odnalezienie kilku slajdów, które zeskanowałem (z jakości tych zdjęć już się tłumaczyłem). Widać na nich jeden z dębów z plombą betonową, wypełniającą rozległy ubytek wgłębny w jego pniu, a na następnym ten sam ubytek pozbawiony już wypełnienia, oczyszczony i zaimpregnowany, przygotowany do wypełnienia jego dna kruszywem oraz do zamontowania wiązań sztywnych.




Wtedy robiliśmy jeszcze w koronach z użyciem podnośnika, a wywrotka i koparka służyły do dowozu i rozładunku kruszywa.
Odnalezienie tych zdjęć zmobilizowało mnie do odwiedzenia, po raz pierwszy od 1987 roku, Babska, aby zobaczyć jak wyglądają drzewa po ponad trzydziestu latach od naszych prac, przy czym głównie interesowało mnie, czy drzewo z tym rozległym ubytkiem jeszcze trwa i w jakiej jest kondycji. Zdjęcia obrazujące aktualny stan tego drzewa wykonałem w trakcie tych odwiedzin, czyli 25 lutego 2021 roku. Trafił mi się akurat bardzo piękny dzień na taką wycieczkę w „przeszłość”, a i okolica bardzo ładna!










Ponieważ miejsce, gdzie rosną te stare drzewa, nawet zimą jest bardzo urokliwe, wyobrażam sobie jak musi wyglądać wiosną i latem. Polecam zatem pojechać do Babska i okolic, bo poza tymi drzewami na zdjęciach rośnie w pobliżu wiele innych pięknych okazów.

Drzewa, które oglądałem, są w różnej kondycji. Nie przy wszystkich były wykonywane prace (również później, po nas), a jak były, to miały różny zakres. Niektóre z drzew uschły, inne połamały się, mimo to wszystkie nadal wypełniają swoje funkcje, do jakich stworzyła je natura. I to nawet w takim stanie jak na zdjęciu poniżej!

Jednak ta wspaniała natura, gdy została osaczona przez człowieka, zachłannie, agresywnie i za szybko jak na jej możliwości adaptacyjne, ograniczana w swej przestrzeni życiowej (przemysł, uprawy, transport, urbanizacja itd.), nie jest już w stanie „goić zadawanych jej ran” bez pomocy swojego „oprawcy”. Ustanawianie nawet najlepszych konwencji, traktatów, uchwał czy ustaw bez ich przestrzegania jest jedynie przysłowiowym „listkiem figowym”. Tylko, że w tym przypadku nie chodzi o wstyd, ale o opamiętanie, i to nas wszystkich!
Dobry przykład w podejściu do natury powinni dawać przede wszystkim Ci, którzy sprawują rządy w naszym imieniu i to na każdym szczeblu władzy!
***************
Od wielu lat wisi u mnie na ścianie niewielki olejny obrazek, nieznanego autora. Może nie jest to wybitne dzieło sztuki, może namalował go amator, ale kiedy zobaczyłem go u handlarza starociami na Pomorzu, natychmiast nabyłem. Miał, bowiem… co ja piszę, nadal ma… coś, co mnie wtedy zaintrygowało? Czy nie jest to, aby zaduma urzędnika odpowiedzialnego za otaczające nas środowisko?

Jak to szło w piosence Wojciecha Młynarskiego …” co by tu jeszcze spie….ć, Panowie, co by tu jeszcze?”
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego TUTAJ.

