Wielu mieszkańców Łodzi oraz jej okolic odwiedza park na Zdrowiu, Park im. Józefa Piłsudskiego, dawnej zwany również Parkiem Ludowym. Jest to (nie licząc naszego Lasu Łagiewnickiego) największy kompleks terenów zieleni w mieście. Od lat ulubione miejsce weekendowych spacerów rodzinnych, m.in. z tytułu zlokalizowanego w jego obrębie Miejskiego Ogrodu Zoologicznego, spacerowej „świątyni” naszych maluchów i wczesnoszkolnej młodzieży. Dawniej jeszcze znajdował się w nim tzw. Lunapark (obecne nowo zbudowane miejsce zabaw zostało tak ponownie nazwane), również przyciągający wiele rodzin z dziećmi (choć nie tylko, bo np. moja Siostra, gdy tylko nas odwiedzała, bardzo lubiła doznawać mocnych wrażeń na istniejącej wtedy „kolejce górskiej”), jednocześnie bezpośrednio obok położony jest Ogród Botaniczny. Natomiast bardzo niewielu z mieszkańców naszego miasta wie, komu zawdzięczamy to niewątpliwe dzieło sztuki ogrodowej oraz architektury krajobrazu. Tą osobą jest ogrodnik-architekt Stefan Rogowicz, Naczelnik Wydziału Plantacji Miejskich w Łodzi w latach 1929–1939 i do 1946 r. Łódź tak wiele zawdzięcza temu człowiekowi, jeżeli chodzi o miejską zieleń, a jednocześnie, poza wąskim gronem osób, zupełnie o nim zapomniała. Dlatego aby przypomnieć i uczcić tę niewątpliwe zasłużoną dla Łodzi osobę, grono „zielonych ludzików” wywodzących się z grupy Społecznych Opiekunów Drzew, postanowiło ogłosić bieżący rok w Łodzi
Społecznym Rokiem Stefana Rogowicza
Nie jest to tak zupełnie przypadkowy rok, gdyż w 2021 roku upływa 130 lat od narodzin oraz 75 lat od jego śmierci. Lider SOD Szymon Iwanowski m.in. na fb grupy ogłosił ten fakt. Aktualnie trwają rozmowy przygotowawcze i sondażowe. W zależności jak będzie się kształtowała sytuacja „wokół”, kulminacja obchodów planowana jest wczesną jesienią br. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do poszukiwania bieżących informacji na stronach i forach internetowych. Uważni czytelnicy „zielnika łódzkiego” zauważyli pewnie, że Gospodyni tego miejsca, Pani Małgosia Godlewska, zapoczątkowała już te obchody przypominając nam historyczne artykuły S. Rogowicza dotyczące m.in. łódzkich parków. Warto poczytać jak S. Rogowicz postrzegał ważną rolę zieleni dla mieszkańców naszego miasta już ponad 80 lat temu!!!! (zielnik łódzki – wpisy z dnia 13 i 26 lutego 2021– mocno polecam!)
Powyższy wstęp wiąże się niejako z osobą, którą chciałbym teraz wspomnieć, bowiem za tym jak wygląda otaczająca nas rzeczywistość, w tym oczywiście przyroda, za tym jak z niej umiemy korzystać i jak ją „konsumujemy” stoją zawsze ludzie!
Często o nich niestety zapominamy – jak i o tym, co zrobili dla innych (patrz Rogowicz).
Na szczęście nie o wszystkich!
Po zakończeniu kolejnego etapu prac na alei bukowej, „ekipa polanowska” wróciła pod koniec maja do Łodzi, by latem 1994 roku znów wyjechać na Środkowe Pomorze. Tym razem jednak skorzystaliśmy kolejny raz z gościnnego Parsowa, lokując tam łódzką część ekipy. Dlatego opowiem teraz więcej zarówno o tym miejscu, jak i przede wszystkim o wspaniałym człowieku, jakim był Dyrektor Anselm Alojzy Młodzik. O Parsowie pisałem już w 18 odcinku moich wspomnień, m.in. o moich wątpliwościach, gdy jechałem tam na rekonesans pod koniec 1992 roku, dwa miesiące po otwarciu tam DPS-u w wyremontowanym pałacu. W międzyczasie odnalazłem jeszcze jeden slajd z 1988 roku, na którym spoza zarośli wyłania się sylwetka pałacu obstawiona rusztowaniami, a w jego środku wtedy „hulał wiatr”.

Pana Anselma poznałem szukając noclegów dla naszej brygady. Następnie od początku 1993 roku, przez kilka lat, wielokrotnie mieliśmy okazję spotykać się i prowadzić różne rozmowy – czy to wtedy, gdy korzystaliśmy z udostępnianych nam pokoi gościnnych, czy przyjeżdżając wykonać jakieś prace w parku przy pałacu lub po prostu będąc w okolicach Parsowa. Wraz z Zuzanną Sugier udało nam się również pokazać ten obiekt oraz przedstawić Pana Anselma naszym przyjaciołom z PTChD, przy okazji konferencji zorganizowanej we wrześniu 2000 roku. Koledzy, którzy widzieli ten obiekt jeszcze za czasów OSLiPDO w 1988 roku, nie mogli wyjść z podziwu, tak zresztą jak ja kilka lat wcześniej! To wszystko było zasługą Dyrektora A. Młodzika!

Najpierw jednak kilka słów o historii miejsca. W swoich archiwaliach znalazłem blok rysunkowy (bez żadnej możliwości określenia, z którego roku), w którym ktoś piórkiem narysował okolice Koszalina (Köslin), a pośród zaznaczonych miejscowości jest również Parsowo (Parsow). Kupiłem go wiele lat temu u jakiegoś handlarza poniemieckimi starociami. W latach 90-tych było na Pomorzu takich handlarzy wielu i to w różnych dziwnych miejscach handlowali, np. w przydrożnych stodołach!

Parsowo (Parsow) było osadą rycerską i od czasów średniowiecza do połowy XVII wieku władał nim ród rycerski von Parsow. Wg źródeł historycznych w 1658 roku przeszedł w ręce starego rodu pomorskiego von Heydenbreck, a w II poł. XVIII wieku majątek został wykupiony przez Fryderyka Wilhelma von Gerlach i w rękach tej rodziny był do końca II wojny światowej. Jego szczątki oraz innych członków rodziny von Gerlach spoczywały na cmentarzyku zlokalizowanym w parku. Groby ulokowano w pobliżu starych drzew, a w ich sąsiedztwie posadzono wiele ciekawych egzotycznych okazów. Niestety po wejściu „wyzwolicieli”, jak i w późniejszych latach, zostały one sprofanowane i ograbione. Mimo to, w trakcie prac porządkowych i remontowych, Dyr. Młodzik otoczył to miejsce szczególną opieką, budując m.in. wokół cmentarzyka ozdobne ogrodzenie.

Kiedy pierwszy raz zjawiliśmy się w Parsowie, cmentarzyk nie był jeszcze niczym zabezpieczony, a nad grobami rósł przepiękny okaz buka formy zwisłej piramidalnej (zdjęcie, poniżej), którego b. wąska korona („w porywach” przekraczała średnicę 2 m) miała ponad 20 m wys.

Na frontonie pałacu, po remoncie, pojawił się medalion herbowy z wizerunkiem konia.

przed głównym wejściem do pałacu.
Koń był głównym elementem herbu rodu von Gerlach, a wg znanych nam opowieści, w Parsowie do końca wojny znajdowało się stado koni najszlachetniejszej krwi. Niektóre źródła podają, że w parku poza cmentarzem rodziny był również cmentarz koni! Niestety ani ja, ani Klimek tego nie pamiętamy, a trochę czasu tam spędziliśmy. Natomiast opowiadano nam pewną historię o tych koniach. Podobno ze względu na miłość do tych zwierząt ostatnia właścicielka Parsowa nie uciekła przed nacierającą „czerwoną armią”, nie chcąc ich zostawiać, a w momencie, gdy „wyzwoliciele” zabili stado dla potrzeb kulinarnych, popełniła samobójstwo! Nie wiem czy jest to historia prawdziwa, choć słyszeliśmy ją kilkakrotnie, ale na pewno ma w sobie wielki ładunek emocjonalny.

Dyr. A. Młodzik spowodował, że w trakcie prac remontowych odrestaurowano nie tylko pałac, ale również niewielki kościół w parku oraz znajdującą się obok niego sadzawkę z urokliwym ceglanym murem ją okalającym. Kościółek został poświęcony i odbywały się w nim msze dla pensjonariuszy DPS-u odprawiane przez dojeżdżającego księdza z pobliskiej parafii. Dla tych celów wykonano również podjazd do niego dla osób niepełnosprawnych. Świadczy to również o klasie tego człowieka! Jednocześnie porządkowano ponad 13 ha park, a w nim nasza firma, w ramach wspominanego już wcześniej „barteru” z Panem Anselmem, wycinała powalone lub suche drzewa i pielęgnowała cenne okazy. Pośród nich był przepiękny, olbrzymi jesion, taki prawdziwie „wyniosły”, składający się z czterech grubych pni, których wysokość przekraczała 30 m. Wymienił go wśród najstarszych w Polsce Cezary Pacyniak (cyt.) „ Parsowo – wieś, gmina Biesiekierz, województwo koszalińskie. Wiek 258 lat, obwód 490 cm, pierśnica 156cm, wysokość 35m, stan zdrowotny 2 (ozn. wg 5 stopniowej skali zdrowotności Pacyniaka i Smólskiego – gdy 1 oznacza drzewo zupełnie zdrowe – dopisek mój). W rozległym parku krajobrazowym, o bogatym drzewostanie, rośnie wyjątkowo okazały jesion” ( Najstarsze Drzewa w Polsce. Przewodnik. C. Pacyniak. Wyd. PTTK „Kraj” Wa-wa 1992- str. 119).



Tyle o miejscu (choć pewnie jeszcze coś mi się przypomni, to kiedyś opiszę?), teraz czas na CZŁOWIEKA.
Pan Anselm Alojzy Młodzik urodził się w 1940 roku, więc kiedy go poznaliśmy był lekko po pięćdziesiątce. Jego credo życiowe brzmiało – „Żyję po to, aby pomagać ludziom”!
W trakcie którejś z rozmów, opowiedział nam, dlaczego poświęcił się pracy dla ludzi. Otóż w młodości pływał w Marynarce Wojennej. W trakcie tej służby uległ bardzo ciężkiemu wypadkowi, potem wiele lat trwała jego rehabilitacja, która nie do końca przyniosła efekty. Doznając wielu, mówiąc kolokwialnie, „niedogodności” w kontaktach ze służbą zdrowia i służbami pomocowymi, postanowił, że stworzy kiedyś miejsce gdzie ludzie będą godnie zmagać się ze swoimi problemami zdrowotnym i często w ich konsekwencji, z życiowymi. Dokształcał się zarówno z rehabilitacji, prawa, jak i socjologii. W pewnym momencie dane mu było przejąć kierownictwo nad pracami remontowymi pałacu w Parsowie, w którym miał powstać pierwotnie ośrodek dla dzieci. Ostatecznie powstał w nim DPS dla osób dorosłych. Okres naszej znajomości obejmował pierwsze lata funkcjonowania DPS-u, ale już wtedy było można zauważyć, że nie będzie to przysłowiowa „umieralnia”, lecz miejsce, gdzie ludzie będą godnie dożywać swoich dni, bądź w przypadku pobytów czasowych, móc w „ludzkich” warunkach uregulować swoje życiowe problemy (kto trafiał do tego miejsca, nie zależało w pełni od Dyrektora, a trafiali tam również pensjonariusze np. z problemem alkoholowym). O tym, jakim człowiekiem był Pan Anselm niech świadczy fakt, że od 2008 roku DPS w Parsowie nosi Jego imię (umarł po ciężkiej chorobie we wrześniu 2007 roku).Wnioskowali o to mieszkańcy DPS-u wraz z pracownikami!

Jest to ten pozytywny przykład, gdy imię człowieka, który dzięki swojej wielkiej pasji oraz zaangażowaniu wiele zrobił dla innych ludzi (pozostawiając przy tym po sobie bogate dziedzictwo kulturalne i materialne), nie zostało zapomniane!
A wracając do ciekawych drzew, które rosły w tym czasie w parku w Parsowie, zapamiętałem m.in. kilkunastometrową kryptomerię rosnącą przed kościółkiem! W swoim starym zielniku znalazłem zerwaną z niej w 1994 roku zasuszoną gałązkę.


Rosły tam również dorodne pienne tujopsisy, świerki i jodły, wyrośnięte tak mocno do góry, że gdy chciałem, aby któryś z pracowników zerwał mi z nich szyszki (rosły na wierzchołku), żaden się na to nie zdecydował!

Tam też zrozumiałem, dlaczego pewna odmiana żywotnika nosi nazwę olbrzymiego! Miały prawie 30 metrów wysokości, co na człowieku ze środkowej Polski, znającemu dotychczas jedynie okazy żywotników kilkumetrowych (w porywach kilkunastometrowych), zrobiło duże wrażenie. I do tego były bardzo… żywotne! Takie też znalazłem je podczas mojej ostatniej wizyty w tym parku w lutym 2014 roku.

Park w Parsowie graniczy od zachodniej strony z terenami leśnymi, a granica lasu i parku biegnie po śladzie płynącej tam strugi. W tym terenie na powierzchni kilkuset metrów rosły bardzo stare, mocno zaniedbane, ponad stuletnie krzewy różaneczników fioletowych (napisałem rosły, bo od tamtych czasów nigdy nie udało mi się zajrzeć w ten zakątek parku). Było to chyba jedno z najbardziej „zapomnianych” miejsc w całym parku, ale jednocześnie z niesamowitym klimatem, trochę takie mroczne, o czym może świadczyć kilka poniższych zdjęć. Rododendrony te były objęte ochroną Konserwatora Przyrody, więc leśnicy bali się usuwać powalone tam „swoje” drzewa. Któregoś razu zostaliśmy poproszeni, aby zrobić porządek w tym miejscu. Akurat byliśmy wtedy z brygadą razem z Klimkiem i z braku innych zajęć pomagaliśmy naszym pracownikom. Po usunięciu powalonych drzew oraz oczyszczeniu starych krzewów z połamanych gałęzi oraz grubego suszu, na najgrubszych pędach (niektóre miały kilkudziesięciocentymetrowe obwody, jak małe drzewa!), zabezpieczaliśmy również rany spowodowane przez upadające na te krzewy drzewa.



W trakcie tych prac przyjechał do parku, wraz z Panią Konserwator Przyrody, jeden ze słynnych polskich znawców drzew, autor pomnikowych dzieł w tej dziedzinie. Akurat smarowaliśmy oczyszczone rany funabenem i impregnowaliśmy tzw. „szwaksem” (nazwa używana, na co dzień przez Klimka), czyli naszym wynalazkiem, bo niestety na rynku nie było jeszcze wtedy profesjonalnych produktów. Gdy Gość zapytał Klimka, co za środek używamy do tych zabezpieczeń, odpowiedział Mu z zimną twarzą…” a, to panie profesorze taki zachodnioniemiecki środek o nazwie „klimeks”. Gość pokiwał głową i poszedł dalej oglądać parkowe drzewa.

Była jeszcze dalsza część tej historii. Kilka dni później, w jednej z lokalnych gazet, ukazała się rozmowa z Gościem, w której wspomniał o naszych pracach w Parsowie oraz o tym, że stosujemy w ich trakcie m.in. specjalistyczne materiały sprowadzane z zachodu.
Cóż, takie to były czasy!
Pobyty w Parsowie utkwiły mi również w pamięci za przyczyną moich pracowników, którzy dla „zabicia czasu” (po pracy z dala od wszelkich miejskich przyjemności, jak ktoś nie lubił lektury, w czasach „przedinternetowych”, można się było zanudzić) utworzyli zespół muzyczny i ogrywali lepiej lub gorzej zarówno znane (acz czasami trudno rozpoznawalne), jak i „własne” kawałki. Ja w tym czasie (jeżeli akurat byłem z brygadą) starałem się być poza kwaterą. Okolica była piękna, więc gdy pogoda pozwalała, było gdzie spacerować.
W ostateczności ratowały mnie zatyczki do uszu! Coś mi przemyka po głowie, że chłopcy mieli wystąpić (lub nawet wystąpili?) w miejscowej wiejskiej świetlicy? Pamiętam to, bo przed jednym z wyjazdów bardzo intensywnie ćwiczyli, prosili, aby im umożliwić pozostawanie po pracy na bazie przy ul. Kamińskiego… „ bo szefie musimy ostro popracować nad repertuarem….”. Trudno było odmówić! Nie pamiętam, czy ten ich zespół miał jakąś nazwę?

Oj rozpisałem się o tym Parsowie! Zainteresowanych odsyłam do różnych źródeł pisanych i wirtualnych, a gdy będzie już można, to również do odwiedzenia tego miejsca, np. w czasie wakacyjnych pobytów nad morzem. Warto. Tym bardziej, że wśród wielu podobnych obiektów na tamtych terenach, które zostały oddane nam po II wojnie we władanie, niewiele miało takie szczęście jak Parsowo. Szczęście polegające na tym, że w historii jego „życia” pojawiła się taka postać jak A.Młodzik.
Wracając do Łodzi i nawiązując do mojego wstępu nt. Społecznego Roku Stefana Rogowicza, chciałem wspomnieć jedno z tych pięknych, acz niestety już „nieobecnych”, drzew, jakie rosło w Parku St. Staszica. Opisuje je S. Rogowicz w artykule przypomnianym przez M. Godlewską (zielnik łódzki, wpis z 13 lutego 2021) „ Oryginalnym okazem ze względu na kształt i układ korony jest też kasztan zwyczajny, gorzki – Aesculus hippocastanum L., którego prawie wszystkie gałęzie korony wyrastają z jednego miejsca, tworząc rodzaj szeroko rozpostartej wiechy”.
Zamieszczone przy tym artykule zdjęcie pokazuje młode drzewo, a już wywołujące zachwyt swoim wyglądem. Mam zdjęcie tego samego drzewa z jesieni 1988 roku. Niestety nie wiem, kiedy zostało ono usunięte z parku? Przyczyną było (chyba?) jego rozłamanie?


Wiem, że czas robi swoje, ale szkoda wielu tych drzew, które zniknęły z naszego otoczenia i niestety nadal znikają, czy to za przyczyną zaniedbań w ich pielęgnowaniu, czy też prawa ustanawianego przez ludzi, którzy chyba nie lubią otaczającej nas przyrody, pozwalając na bezsensowne i nieuzasadnione ich wycinanie (np. Lex Szyszko!).


Tylko przy kilku znanych mi drogach w województwie łódzkim w ostatnich dwóch latach wycięto kilkanaście tysięcy starych drzew! Z tego bardzo niewielki ich procent to były drzewa martwe lub naprawdę zagrażające czemukolwiek.
Gdy widzę, co się dzieje wokół z naszymi drzewami, cisną się na usta jedynie bardzo brzydkie słowa, z bezsilności wobec urzędniczej machiny!
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego TUTAJ.


Panie Marku dziękuje za tak piękne słowa o moim tacie
A ja dziękuje za tak piękne słowa o moim dziadku! Łzy same napływają do oczu czytając te wspomnienia.