Obserwuję wielką determinację, jaka cechuje obrońców drzew w naszych miastach oraz to, że ten problem staje się ważnym dla coraz młodszych pokoleń. Pokładam w nich wielką nadzieję, że dzięki swojemu wielkiemu zaangażowaniu „potrząsną w końcu” kim trzeba!
A tak swoją drogą, gdyby ta energia i emocje, które kryją się za tymi wszystkimi wpisami „na fejsie”, blogu czy w innej jeszcze formule, przeniosła się na kartki wyborcze, to może faktycznie osiągnęlibyśmy wszyscy lepsze czasy dla przyrody w ogóle, a w tym zieleni w miastach i nie tylko w miastach!
Cieszy mnie, że coraz większej rzeszy mieszkańców nie jest obojętne, jak są traktowane miejskie drzewa – tylko, że czasami ta determinacja przekracza granice zdrowego rozsądku. Chodzi mi o obronę drzew przed jakimkolwiek podejmowaniem wobec nich np. zabiegów ich przycinania. Bo i takie głosy w ferworze ich obrony padają!
Wielokrotnie na różnych szkoleniach, odczytach, kursach, wykładach etc. starałem się (i nadal jak tylko mogę to to robię) zwracać uwagę na istotną różnicę pomiędzy drzewami rosnącymi na terenach intensywnie zamieszkiwanych i zurbanizowanych, a drzewami rosnącymi w – nazwijmy to umownie – „strefach wolnych”. Wydaje mi się, że dla wszystkich widoczne jest różnica między drzewami rosnącymi przy ulicach, parkingach czy na terenach osiedli mieszkaniowych, a drzewami w lasach czy zadrzewieniach śródpolnych, a nawet w parkach. Jeżeli chcemy mieć wokół naszych domów i miejsc pracy „bezpieczne” drzewa, ale nie te na „bambusach”, czy ze sztucznie uformowanymi w szkółkach niewielkimi koronkami, to niestety musimy godzić się również na to, że wraz z ich rozrastaniem i starzeniem będzie potrzebna od czasu do czasu pewna forma „ingerencji” w ich życie! Mam tu na myśli m.in. cięcia w koronach. Poza cięciami, gdy usuwa się zagrożenia spowodowane tzw. czynnikami biotycznymi (gałęzie i konary suche, zagrzybione, połamane etc.) dopuszcza się wobec tych drzew również cięcia spowodowane tzw. czynnikami abiotycznym, czyli np. cięcia celem „pogodzenia” kolizji drzew z budynkami, liniami napowietrznymi, ciągami komunikacyjnymi etc., a które spowodowane są rozwojem i przyrastaniem ich gabarytów. Musi to być jednak robione zgodnie z przepisami prawa, w ramach tzw. dobrych praktyk ogrodniczych przy głębokiej znajomości gatunków drzew oraz ich możliwości regeneracyjnych.
Moim zdaniem ważna jest również informacja o zamierzonych pracach dla okolicznych mieszkańców, wręcz „przygotowywanie” ich do tych prac, co pozwoli na ostudzenie emocji i unikanie nikomu niepotrzebnych konfliktów!
Rzadko bowiem spotykamy „drzewa idealne”, przy których nic nie trzeba robić przez całe ich wspólne z nami życie w warunkach miejskich. Oczywiście należy do tego dążyć, ale nie może to polegać na wycinaniu dużych czy starych drzew i zamienianiu ich jedynie na drzewka o małych formach pokrojowych. Dobrze prowadzone miejskie drzewo to takie, które powinno być właściwie wyhodowane w szkółce, a później w przemyślany sposób dobrane do miejsca posadzenia, poprawnie posadzone i w pierwszych latach po posadzeniu właściwie pielęgnowane. Natomiast w miarę swojego rozwoju powinno być „monitorowane”, czyli co jakiś czas poddawanie oględzinom, które to oględziny pozwolą na reagowanie we właściwym czasie i we właściwy sposób na zachodzące w jego życiu zmiany. Podobnie powinniśmy postępować wobec drzew, które znalazły się obok nas za przyczyną „samo dziejących się” zjawisk przyrodniczych, bądź wobec istniejących starych drzew „adaptowanych” do naszego życia, przy czym akurat te drzewa wymagają od nas głównie mądrej ”opieki”.
Mimo, że to co napisałem poważnie brzmi, to wbrew pozorom wcale nie jest to takie skomplikowane. Żeby nasze współżycie z drzewami było jak najmniej konfliktowe potrzeba bardzo niewiele. Potrzeba jedynie właściwych ludzi na właściwym miejscu – tych, co zarządzają i tych, co wykonują ich polecenia.
Niejako zaprzeczając swoim powyższym stwierdzeniom i jednocześnie, paradoksalnie je potwierdzając (sic!) przedstawiam dwa przykłady traktowania drzew w mieście.
Pierwsze dwa zdjęcia dotyczą drzew gat. topola rosnących na terenie obok boiska szkolnego przy ul. Rewolucji 1905 roku w Łodzi. W momencie, gdy robiłem pierwsze z nich w 1995 roku, byłem bardzo oburzony na to, jak zostały przycięte ich korony, stąd to zdjęcie i nawet jakaś moja interwencja w tej sprawie. I drugie zdjęcie tych samych drzew po latach zrobione w lutym 2021 r.


Drugi przykład „pielęgnacji drzew” ma nieco inny skutek. Dotyczy niewielkiego klona rosnącego na posesji przy ul. Wschodniej, niedaleko ul. Jaracza. Został bardzo mocno pocięty (brakuje mi słowa na to, co z nim zrobiono) w zimie 2014 roku, następnie przez krótki czas próbował się „bronić”, wypuszczając kilka pędów, aż usechł. Kiedy próbowałem interweniować w tej sprawie, pech chciał, że właśnie wypuścił kilka pędów, które się zazieleniły i odesłano mnie z kwitkiem…bo drzewo żyje! Obecnie nic tam oczywiście nie rośnie. Stoją jedynie samochody. To było naprawdę niewielkie drzewko, a i tak komuś się naraziło!




Nawet, jeżeli w tym miejscu planowana jest jakaś zabudowa, to przecież to drzewo mogło jeszcze pożyć przez te kilka lat. Gigantem nigdy by nie było, ale….. by było!
Każde dojrzałe, „sędziwe” czy też „stare”, „drzewo pomnikowe” czy „drzewo weteran” lub tylko ZWYCZAJNE DRZEWO opowiada nam swoją historię życia. Jedne robią to lat kilkadziesiąt, inne kilkaset. Są i takie na świecie, które robią to nawet kilka tysięcy lat! My ludzie niestety nie chcemy słuchać tych opowieści! No może nie wszyscy?
Naprawdę niewiele trzeba, żeby zrozumieć, co chcą nam przekazać. Wystarczy zatrzymać się przy nich, przyjrzeć się im, wsłuchać w odgłosy, jakie wydają. I co ciekawe, potrafią równie zajmująco opowiadać o każdej porze roku! Mówią do nas ich liście zielone czy pożółkłe, zdrowe czy chore (np. oblegane przez larwy szrotówka). Mówią do nas pnie i konary, pełne i zdrowe, czy też dziuplaste i zagrzybione. Mówią, gdy kwitną i owocują, bądź, gdy pokrywa je śnieg lub lód! Mówią ich wyrwane maszyną budowlaną korzenie! Mówią nawet wtedy, gdy padają pod wpływem silnego wiatru lub ….. za przyczyną pilarki!
Jednym z przykrzejszych widoków na tym świecie, jakie znam, jest widok upadającego żywego drzewa, a jednym z przykrzejszych dźwięków, to to głuche uderzenie jego pnia o ziemię!
Szkoda, że gdy powstawała wspaniała inwestycja hotelowo-konferencyjna na terenie dawnej wytwórni filmowej w Łodzi, nikt nie chciał „posłuchać opowieści” przepięknego cypryśnika błotnego tam rosnącego (i innych ciekawych drzew rosnących obok niego) i skazał go na wycięcie! (Edytowano i skorygowano zapis, gdyż w pierwotnej wersji omyłkowo została wpisana metasekwoja. Podziękowania dla Marka Michalskiego!).

Bardzo rzadko po tym ściętym (umarłym lub powalonym) drzewie pozostaje jakiś ślad. Dzieje się to jedynie wtedy, gdy zdążył za życia zainteresować kogoś swoją opowieścią, albo jego szacowne resztki trafiły we właściwe ręce! Wtedy taką pozostałość po nim nazywamy – „świadkiem”.
Chciałbym przedstawić teraz różne przykłady, w których człowiek postanowił w jakiś sposób „upamiętnić” drzewo. Od najprostszych do bardzo wymyślnych. Zarówno u nas, jak i w obcych stronach.
Na najstarszego „świadka”, jakiego miałem okazję nie tylko zobaczyć, ale i dotknąć, natrafiłem podczas wycieczki do odkrywkowej kopalni węgla brunatnego koło Bełchatowa. Przy drodze technologicznej prowadzącej na dół, do jej wnętrza, utworzono mini muzeum dendrologicznych skamieniałości, w którym zgromadzono wydobyte okazy pni sprzed milionów lat. Moje uczucie w momencie ich dotykania było nie do opisania!!!!



Kolejny przykład, który przytaczam, dotyczy legendarnego „Baublisa” opisanego przez wieszcza Adama w narodowej epopei. To drzewo nawet jak umarło, to nadal był „pełne życia”!


Powyższe zdjęcie i fragment tekstu przytaczam za: „ Bolesław Hryniewiecki. TENTAMEN FLORAE LITHUANIAE. Zarys flory Litwy. Archiwum Nauk Biologicznych Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Tom IV. Nakładem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Warszawa 1933.”
Odwiedzając w 1990 roku po raz pierwszy miasteczko Rotenburg nad rzeką Tauber w Bawarii (nazywane w przewodnikach jak najbardziej słusznie – „pułapką na turystów”) napotkałem klasycznego „świadka”, czyli pień po dorodnym drzewie, które tam kiedyś rosło. Po jego ścięciu nikomu nie przeszkadzało pozostawienie w tym zadbanym, licznie odwiedzanym zabytkowym miejscu, dorodnego pniaka, który zaświadcza o jego sporych rozmiarach, a także o historii tego miejsca nierozerwalnie z nim związanej.

Pozostawione po ściętych drzewach pniaki są zwykle najczęściej spotykaną formą ich „upamiętnienia”.


Czasami otrzymują one pełniejszą i bardzo atrakcyjną, artystyczną oprawę. W mieście Osnabrück w Niemczech, pozostawiono na zielonym skwerze kilkumetrowy pień drzewa i „ubrano go” tworząc w ten sposób dzieło sztuki.

W Parku im. J. Poniatowskiego w Łodzi pośród wielu ciekawych drzew, pochodzących z początku XX w., czyli z czasu, gdy był on tworzony, rósł niezwykle urodziwy jarząb szwedzki, największy spośród drzew tego gatunku rosnących w parku. Jego korona była bardzo „fotogeniczna” o każdej porze roku, stąd był często fotografowany i wielokrotnie był tłem np. dla zdjęć rodzinnych.

Kiedy w 1997 roku dokończył on swego żywota, zaproponowałem, aby pozostawić go w formie właśnie takiego „świadka”. Miał pozostać kilkumetrowym okazem, ale po uwagach, że będzie zagrożeniem dla dzieci (będą z niego spadać!) postanowiono zostawić go dużo niższym. Konary zostały mocno poskracane, okorowane i zaimpregnowane.

Nabito nawet na tak uformowanym „świadku” tabliczkę pomnik przyrody, która przez lata wisiała dumnie na jego pniu, bo był przez kilkadziesiąt lat swojego życia uznawany za „pomnik przyrody prawem chroniony”.


Niestety, pomimo tych zabezpieczeń jego drewno ulegało powolnemu rozkładowi (drewno jarzębu nie należy niestety do trwałych), stwierdzono, że jest „nieestetyczny” i został zupełnie usunięty z parku. Nie ma po nim żadnego śladu!

A można było obok posadzić młode drzewo tego samego gatunku i zamieścić informację (nawet ze zdjęciem) czyje to miejsce „obejmuje we władanie” to nowe drzewo! To nie jest absolutnie zarzut pod adresem kogokolwiek, a jedynie sugestia, jak można by niestandardowo edukować społeczeństwo! Tym bardziej, że w innym miejscu tego parku posadzono pamiątkowe „dęby ku czci” z tabliczkami i zdjęciami!
Kilkadziesiąt metrów obok rośnie co prawda drzewo tego gatunku, ale trudno go nazwać „sukcesorem i świadkiem” po ściętym pomniku przyrody. Tym bardziej, że jego stan wskazuje, iż nie dane mu będzie dożyć choćby połowy wieku tamtego „starca” (zdjęcie poniżej)!

Na ciekawy okaz natrafiłem odwiedzając Technikum Leśne w Warcinie, mieszące się w dawnym pałacu Kanclerza Otto von Bismarcka. W tej środkowopomorskiej miejscowości obok pałacu znajduje się również park z różnymi rzadkimi okazami drzew. Jedno z tych, które zakończyły swoje życie, trwale upamiętniono.



Często w arboretach lub ogrodach botanicznych, spotykamy jeszcze inną formę „świadka”.
Jest to wycinek (krążek, talarek, plaster) jakiegoś cennego lub charakterystycznego drzewa, na którym pokazane jest przy pomocy jego słojów przyrostowych, co i kiedy wydarzyło się w życiu tego drzewa, jak również w jego otoczeniu. Istnieją wyspecjalizowane gałęzi w nauce dendrologii: jedna zwana dendrochronologią, pozwalająca określić wiek próbek drewna analizując jego roczne przyrosty, druga – dendroklimatologia, która odtwarza niejako warunki klimatyczne w okresie życia drzewa, również w oparciu o badania jego przyrostów rocznych.

Do tematu „świadka” jeszcze wrócę pokazując kolejne ich różnorodne przykłady.
Tematem „świadków” łagodnie wszedłem w nowy rok działalności naszej firmy, rok 1995. Był to ważny rok, bo jesienią miało upłynąć dokładnie dziesięć lat od jej założenia! Mieliśmy z Klimkiem różne pomysły, jak to uczcimy, ale o tym w swoim czasie!
Od początku roku dużo robiliśmy w Łowiczu, zarówno dla Urzędu Miasta, jak i dla służb komunalnych, drogowych czy energetyków. Nie były to jakieś skomplikowane prace, ot głównie cięcia techniczne, rzadziej pielęgnacje. Z czegoś trzeba było żyć „na przednówku”. Pamiętam jedno bardzo duże zlecenie dla ówczesnych ZPOW Łowicz, wtedy chyba najsłynniejszego i największego pracodawcy w tym mieście.
Łowicz utkwił mi w pamięci za przyczyną pewnego zdarzenia, jakiego świadkiem byliśmy na Nowy Rynku (tym trójkątnym zwanym wtedy chyba Placem Kilińskiego?). Obecnie odrestaurowany, dawniej należał do miejsc, gdzie obcy nie powinien się pojawiać po zmroku. No, ale rzecz działa się za dnia. Szliśmy z Klimkiem do naszej brygady pracującej niedaleko, gdy zauważyliśmy mężczyznę w wieku nieokreślonym (acz nie był to młodzieniec), który wyszedł kilka metrów na ulicę i kierując się w stronę mieszkania na piętrze w jednej z kamienic zakrzyknął… „mama, mama, mama….”. A głos miał donośny, z charakterystyczną chrypką, jaka pojawia się po kilku tysiącach wypalonych paczek papierosów oraz wypiciu wielu litrów różnych napoi, zwanych onegdaj „wyskokowymi”. Gdy na balkonie pojawiła się starsza kobieta dodał …..”rzuć mi cukerka”, tak właśnie, a nie „cukierka”…. Taki to był….. synek! Kiedy w naszych wspólnych wspominkach z Klimkiem przypominamy sobie Łowicz od razu pada…”a pamiętasz tego CUKERKA na rynku?”
Łowicz obsługiwaliśmy przez kilka kolejnych lat, robiąc prace min. na terenie Muzeum – Skansenu, czy przy różnych obiektach zabytkowych, a także nad rzeką Bzurą, ale brak w moim archiwum starych zdjęć z tych ciekawszych prac, które robiliśmy, poza jednym drzewem rosnącym obok targowiska. Był to dąb szypułkowy – pomnik przyrody. Zdjęcie pochodzi z roku 1996 – zrobione rok po zabiegach. Poza cięciami w koronie (głównie sanitarnymi) wykonaliśmy również w jego pobliżu nawożenie wgłębne, ponieważ rósł na bardzo wyjałowionym terenie.

Na odwrocie tego zdjęcia, jak rzadko, na którym, napisałem poniższy tekst:

Ostatnio zatrzymałem się w Łowiczu na moment, jeżdżąc po terenie, i zobaczyłem niektóre z ówczesnych prac. Dąb przy targowisku dalej trwa, przy czym jego kondycja nie jest najlepsza. Na dużej części pnia występuje już martwica z samoczynnym odspajaniem się korowiny, ale na pewno spora część jego korony zazieleni się i w tym roku! Bardzo zmieniło się również jego otoczenie.


Natomiast wzdłuż Bzury, od strony starego centrum, nadal rośnie szpaler dorodnych topól!

Zima i wczesna wiosna to także intensywne prace na terenach cmentarzy w Radomsku, gdzie już powoli zadamawialiśmy się na dobre, dzięki zaufaniu, jakie do naszej firmy nabrał Ksiądz Marian Jezierski. A ponieważ niektórymi kanałami informacje rozchodziły się wtedy prawie tak szybko, jak teraz przy pomocy Internetu, to zaczęliśmy otrzymywać sporo zleceń od administratorów różnych cmentarzy, przy czym dominowały te wyznaniowe.
Bez względu, co jest do zrobienia, cmentarz wymusza dodatkowe umiejętności organizacyjne od właścicieli firm oraz mentalne od ich pracowników! Z reguły nie da się na nie wprowadzić podnośnika i wszelkie prace wykonywane są tzw. metodami linowymi. A po pielęgnacji czy też ścince drzew pozostaje jeszcze posprzątać po pracach, co też nie jest wcale proste!
No i jeszcze jedna rzecz jest bardzo ważna, to wysokie ubezpieczenie firmy, na wypadek ewentualnych szkód! Wiele razy bywało tak, że próbowano od nas wręcz wyłudzić odszkodowanie za uszkodzenia znacznie wcześniejsze, dlatego pracownicy mieli przykazane obfotografować groby w pobliżu naszych prac przed robotami. Jestem głęboko przekonany, że to właśnie ci opiekunowie okolicznych grobów wcale nierzadko byli tymi, którzy przyczyniali się do osłabienia kondycji tych drzew, czasami doprowadzając wręcz do ich uschnięcia, podlewając różnymi wynalazkami, okorowując je, wiercąc w nich otwory etc. etc.! Często bywało, że lekka rysa na płycie prawie niewidoczna, bądź mniej widoczna od innych starych uszkodzeń, była dla właścicieli grobu warta tyle, co nowy nagrobek z niezłego materiału! Gdy jednak „do akcji” wkraczała w naszym imieniu firma ubezpieczeniowa, roszczenia znacząco malały, bądź nikły!
Poniżej kilka przykładów naszych prac na cmentarzach w różnych porach roku.





W trakcie pracy na cmentarzach, tych starych lub starych częściach tych cmentarzy, można spotkać jeszcze wiele cennych drzew oraz m.in. takie widoki jak na zdjęciu poniżej.

Do pracy przy drzewach na cmentarzach nigdy nie było „ścisku”. Myślę, że nadal nie jest to w naszej branży łatwy „kawałek chleba”! Mimo to praktycznie do końca prowadzenia prac wykonawczych przez naszą firmę roboty na cmentarzach stanowiły spory udział w jej przerobie.
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego TUTAJ.

