Po wielkanocnej, świątecznej przerwie, powracam do opowieści i wspomnień  z drzewami w tle!

Docierają do mnie informacje bezpośrednio (sam je czasami znajduję) oraz pośrednio (otrzymuję link lub przebitkę od znajomej osoby), świadczące o tym, że można znaleźć w Internecie sporo większych całości (wieloodcinkowych autorskich wpisów – blogów), zajmujących się m.in. drzewami. Bardzo dobrze, że to wirtualne medium zaakceptowało i ten temat (jak miliony innych)! Jak widać, moje opowieści wpisały się w jakiś istniejący już trend czy modę na drzewa.

Jak zauważyli pewnie Szanowni Czytelnicy, swoje opowieści opieram głównie na wydarzeniach z historii naszej firmy i doświadczeniach  z wykonanych prac, w których osobiście uczestniczyłem.

Zaczynając te moje wpisy w „Zielniku”, przyjąłem pewną zasadę, której staram się przestrzegać. Unikam w nich krytykanctwa, natomiast kiedy decyduję się czasami na krytykę, to dotyczy to głównie pewnych działań z zakresu zarządzania terenami zielni czy też jej poszczególnymi składnikami (oczywiście chodzi mi głównie o drzewa!), natomiast jak ognia unikam krytykowania konkretnych osób! Jeżeli już to robię, to proszę mi wierzyć, że rzadko i z reguły w „zaciszu gabinetu”. Tak samo, jeżeli chodzi o prace wykonane na drzewach przez konkretnych wykonawców. To nie bierze sięz zawodowej solidarności, tylko z faktu, że za najbardziej źle wykonaną pracą, często kryje się nie tylko brak wiedzy i umiejętności jej wykonawcy. Tych dodatkowych przyczyn można się czasami domyśleć, ale jak się w tym nie „siedzi”, to lepiej nie zabierać głosu – dotyczy to również spraw z zakresu decyzyjności. To oczywiście w żadnym przypadku nie tłumaczy złego wykonywania prac.

Nam wielokrotnie zdarzało się odmawiać przyjęcia zlecenia na  prace, co do których zasadności mieliśmy wątpliwości, mimo że często szedł za tym „niezły zarobek”!

No i alergicznie wręcz nie znoszę fachowców o mentalności hydraulika (przy całym szacunku do tego zawodu), który swoją wizytę zaczyna od słów …”Kto Panu to tak spe…ł?”

A przechodząc do moich dalszych opowieści, chcę najpierw bardzo podziękować tym czytelnikom, którzy zauważając moje merytoryczne „wpadki” podejmują wysiłek i informują o tym!

W jednym z moich  ulubionych filmów Pół żartem, pół serio pada słynna kwestia”nikt nie jest doskonały”. I dobrze, bo przez to nasze życie jest ciekawsze!

Metasekwoję rosnąca na ul. Nawrot znam i obserwuję od momentu jej posadzenia w czasie, gdy w budynku obok znajdowało się Społeczne Liceum Ogólnokształcące. W tych trudnych śródmiejskich warunkach jak dotychczas radzi sobie ona bardzo dobrze!

Metasekwoja
Łódź, ul. Nawrot. Widok metasekwoi w maju 2020 roku.

W marcu 1995 roku ruszyliśmy – jak co roku – na Środkowe Pomorze. Kolejny raz naszą bazą noclegową było Parsowo.  Stamtąd wyjeżdżaliśmy wykonywać prace do Szczecinka, Białogardu, Kołobrzegu czy Koszalina, i oczywiście na aleję bukową. W Kołobrzegu robiliśmy prace m.in. na terenie słynnego z festiwali piosenki żołnierskiej Amfiteatru. Rosła tam potężna topola biała, na której usuwaliśmy suche i połamane konary. Nie mam bladego pojęcia, czy to drzewo jeszcze istnieje.

Z faktu, że jestem już na emeryturze, czynnej co prawda, ale jednak emeryturze, oraz z faktu upływającego czasu i co za tym idzie również adekwatnego do tego stanu zdrowia, moja mobilność bardzo się ograniczyła. Dlatego też pojawiają się w moich opowieściach stwierdzenia, że …dawno tego drzewa (czy miejsca) nie widziałem, nie wiem czy jeszcze jest, jak wygląda… itp. itd. Będę zobowiązany, jeżeli ktoś z czytających moje opowieści, mając aktualną wiedzę na ich temat i ew. również aktualne zdjęcia, zechce się nimi ze mną podzielić!

Kołobrzeg z tamtego czasu utkwił w mojej pamięci również za przyczyną „kroczącego wiązu” rosnącego na terenie Parku Nadmorskiego, gdzie też wykonywaliśmy różne prace.

"Kroczący" wiąz

Patrząc na nasadę jego pochylonego pnia, z „rozwarstwionymi” nabiegami korzeniowymi, miało się wrażenie, że to drzewo faktycznie „zbiera się do marszu”. Mam nadzieję, że nadal się jedynie zbiera i nigdzie nie „odmaszerował” (czytaj – został wycięty)!

"Kroczący" wiąz

W Szczecinku, gdzie wykonywaliśmy prace przez kilkanaście lat, pracowaliśmy przy drzewach rosnących wzdłuż Jeziora Trzęsiecko, które nie było wtedy tak intensywnie turystycznie zagospodarowane jak jest obecnie. Było takie bardziej swojskie, zwłaszcza wczesną wiosną, gdy jeszcze zima nie dawała za wygraną!

Drzewa nad jeziorem Trzęsiecko
Szczecinek. Marzec 1995. Prace przy drzewach nad J. Trzęsiecko.
Drzewa nad jeziorem Trzęsiecko
Szczecinek. Marzec 1995. Prace przy drzewach nad J. Trzęsiecko.
Prace przy drzewach
Szczecinek. Marzec 1995. Prace przy drzewach nad J. Trzęsiecko.

W tym czasie w Łodzi wracaliśmy do pracy m.in. w Parku im. J. Poniatowskiego, gdzie rok wcześniej rozpoczęliśmy kompleksowe prace pielęgnacyjne starodrzewia. W roku 1994 zrobiliśmy w nim 700 szt. drzew, w roku 1995 czekało na nas kolejne 500 szt.

W trakcie tych prac w m-cu maju doszło do pierwszego poważnego wypadku w naszej firmie.

Stało się to w 10-tym roku jej istnienia i 7 lat od zatrudnienia pierwszego pracownika!

W jego efekcie pracownik był na długotrwałym zwolnieniu. Zawsze powtarzałem, szkoląc nowo przyjętych, że przy pracach na wysokości muszą być ciągle skoncentrowani, nawet w -wydawałoby się – najmniej niebezpiecznych momentach. Tak samo było w tym przypadku. Przechodząc z drabiny w koronę drzewa pracownik nie zabezpieczył się wcześniej linką boczną („bo po co, tyle razy tak robił i nic się nie stało”), iw momencie gdy gałąź, za którą się złapał, ułamała się, upadł na asfaltową alejkę z tych kilku metrów, łamiąc sobie nogę! Paradoksalnie było to udziałem naszego najstarszego pracownika (rutyna?), który zresztą pracował u nas jeszcze potem przez wiele lat i należał do najlepszych! Kilka dni wcześniej zrobiłem w trakcie naszych prac w parku poniższe zdjęcie (co prawda z innym pracownikiem w akcji). Czyżby przeczucie? A może było to pod wpływem faktu, że ledwie kilkanaście dni przed tym wypadkiem uczestniczyłem wraz z kol. Zbigniewem  Chachulskim jako rzeczoznawcy z ramienia PTChD w wizji lokalnej w Sokołowie Podlaskim. Odbyła się ona na wniosek Prokuratury, która prowadziła dochodzenie w sprawie śmiertelnego wypadku, jaki miał miejsce w trakcie prac przy pielęgnacji drzew!

Chodziło o stwierdzenie, co było jego przyczyną i jaki był w tym tragicznym zdarzeniu udział pracodawcy, a jaki pracownika! Po tych dwóch wydarzeniach, które zaistniały w bardzo krótkim okresie czasu, bardzo zwracaliśmy uwagę na przestrzeganie BHP, zarówno szkoląc nowych pracowników, jak i codziennie przypominając by sprawdzali swoje „uprzęże” oraz oprzyrządowanie,  które miało wpływ na bezpieczeństwo ich pracy. No a jak to było w rzeczywistości? Powiem tak! Różnie. Dość, że później w historii firmy z przyczyn pracy na wysokości i przy użyciu metody linowej wypadku już nie mieliśmy. Inne, o różnej skali czasami bywały, bo trudno tego zupełnie uniknąć przy tego typu pracach!

Prace przy drzewach
Maj 1995. Prace w Parku im. J. Poniatowskiego. Kilka dni później, niedaleko tego miejsca, w podobnych okolicznościach, doszło do opisywanego powyżej wypadku.

Praca w tym pięknym łódzkim zabytkowym parku zapisała się z innych jeszcze powodów w historii naszej firmy. W tamtym czasie na terenie obecnego Miasteczka Drogowego ówczesne Łódzkie Przedsiębiorstwo Ogrodnicze miało swoją bazę roboczą. Pracował w niej pewien człowiek na stanowisku mistrza, w średnim wieku, dosyć sceptycznie nastawiony do naszej firmy (obawy o konkurencję?) oraz naszych metod pracy. Dlatego byłem bardzo zaskoczony, gdy kiedyś, po silnych wiatrach, które przeszły nad Łodzią, podszedł do mnie i powiedział… ”Wie pan, że po waszych pracach, na alejkach i trawnikach nie ma prawie w ogóle gałęzi, które by pospadały przez te burze?”. Był to w jego ustach komplement, no i potem zmieniło się jego nastawienie do nas. Nawet czasami wzajemnie sobie pomagaliśmy. A drugim powodem było to, że odbiór naszych prac – na początku sierpnia 1995 roku – w tym parku odbył się w towarzystwie kamer TVP  i ówczesnej TV lokalnej. I to nie my byliśmy motorem zaproszenia tych mediów!

Czerwiec tego roku też zapisał się mocno w mojej pamięci. Na początku miesiąca uczestniczyłem w konferencji zorganizowanej przez PTChD-NOT w Cieszynie i okolicach. Jej organizatorem był Kol. Jerzy Franek. Jurek zawsze należał do ludzi chłonących wręcz wszelkie nowinki i starający się je potem propagować. Za jego to przyczyną w trakcie tej imprezy po raz pierwszy zobaczyłem i dotknąłem nowej generacji wzmocnień tj. wiązań typu „cobra”.

Konferencja w Cieszynie
Cieszyn. Czerwiec 1995. J. Franek demonstruje wiązanie „cobra” uczestnikom konferencji PTChD.

Jeszcze w czerwcu, ale w drugiej jego połowie, uczestniczyłem w szkoleniu w Jachrance pod Warszawą, w trakcie którego ówczesny Wiceminister Finansów Witold Modzelewski  „wprowadzał” jego uczestników w arkana nowych podatków, które zresztą sam opracował. Wydarzenia tego pewnie bym tak bardzo nie zapamiętał, gdyby nie telefon, który minister miał cały czas przy sobie. Była to pierwsza generacja telefonów komórkowych. Ten był wielkości obecnego małego laptopa, ciężki, z mocno uwydatnioną rączką do jego noszenia. I do tego przez cały czas jego wykładów dzwonił! Pan minister odbierał i mówiąc do nas, że musi, bo to ważna sprawa, rozmawiał. Dokładnie mówiąc to między jednym telefonem a drugim o tych podatkach próbował nam również coś powiedzieć. Gdy minął czas przeznaczony na jego wykład, natychmiast odjechał! Powiem tak – zapisałem się na to szkolenie i niemało za nie zapłaciłem tylko dlatego, że o nowych podatkach miał mówić sam Wiceminister!

Pracując w Parku im. J. Poniatowskiego wykonaliśmy m.in. podporę pod nadmiernie rozrośniętym konarem przepięknego i rzadkiego drzewa. Tym drzewem jest perełkowiec japoński (chiński) zwany też soforą lub szupinem. Drzewo kwitnące w czasie, gdy już żadne z drzew ozdobnych nie kwitnie, czyli w sierpniu, przyciąga wtedy do swoich kremowych, miododajnych kwiatów liczne rzesze owadów. Po przekwitnięciu „zawiesza” na swoich gałęziach delikatne „sznury perełek”, czyli charakterystyczne strąki!

Kwiaty sofory
Kwitnąca sofora w Parku im. J. Poniatowskiego w Łodzi i „buszujące w jej kwiatach” trzmiele.
Strąki sofory
„Oto dlaczego nazwano mnie perełkowcem!”
Sofora w parku
Podpora podtrzymująca konar sofory rosnącej w Parku im. J. Poniatowskiego w Łodzi.
Sofora w parku

Ta podpora, dyskretnie ukryta pomiędzy roślinami (pośród krzewów jaśminowca), nadal spełnia swoją funkcję, natomiast samo drzewo, jak zresztą bardzo wiele innych pomników przyrody w naszym mieście (że nie wspomnę o innych starych drzewach), wymaga pilnych prac pielęgnacyjnych.

Perełkowiec japoński
Perełkowiec japoński w Parku im. J. Poniatowskiego. Widok z marca 2021.

Na terenie Łodzi podobne dorodne okazy perełkowca, będące pomnikami przyrody, można spotkać jeszcze na podwórku przy ul. Wólczańskiej 145 oraz przy ul. Tymienieckiego, pomiędzy Muzeum Książki Artystycznej (mieszczącej się w zabytkowej Willi Grohmanów) oraz budynkiem trafostacji (teren Łódzkiej Strefy Ekonomicznej). Oba te okazy zostały uznane za pomniki przyrody za przyczyną, będę tutaj nieskromny, mojej osoby.

Wczesną wiosną, gdy jeszcze na drzewach nie było liści, otrzymałem zlecenie z jednego z ówczesnych ROM-ów (Rejon Obsługi Mieszkańców – ta forma zarządzania zasobami komunalnymi już dawno nie istnieje), aby…”silnie przyciąć koronę akacji rosnącej na podwórku przy ul. Wólczańskiej 145”.  Kiedy zobaczyłem co to za akacja… powiedziałem o tym w WOŚ, który wtedy miał zdecydowanie większe „przełożenie” na tę sferę działania miasta. Zlecenie na roboty zostało wycofane, a drzewo po pewnym czasie uznane za „pomnik przyrody”. Myślę, że poza miłośnikami naszej miejskiej przyrody oraz okolicznymi mieszkańcami (i to chyba nie wszystkimi?) przez lata mało kto wiedział o istnieniu tego pięknego drzewa. Może to i dobrze!. Obecnie w jego bezpośrednim sąsiedztwie łódzka firma developerska wybudowała nowoczesny obiekt usługowo-biurowy, jednocześnie porządkując otoczenie drzewa. Słyszę, że na pobliskim terenie wspólnym wysiłkiem owego developera i miasta ma powstać zielony pasaż, którego centralnym punktem ma być ten wspaniały rzadki okaz dendrologiczny. Jak to mawiał rzymski mędrzec ….„pażywiom uwidim”!

Niejedną taką deklarację miałem już okazję usłyszeć, a niestety tylko pojedyncze z nich zostały zrealizowane. Parafrazując znane powiedzenie (z dziedziny polityki)… „nikt tyle nie obieca, ile developer przed otrzymaniem zezwolenia na budowę!”…

Perełkowiec
Tak późną wiosną w 1995 roku prezentował się ten perełkowiec i jego otoczenie przy ul. Wólczańskiej 145
(zdjęcia powyżej i poniżej)
Perełkowiec
Perełkowiec
A tak drzewo i jego otoczenie wyglądało w październiku 2020 roku.

Drzewo rosnące na terenie Strefy Ekonomicznej w Łodzi przy ul. Tymienieckiego jest zdecydowanie mniej znane, choć równie okazałe jak opisane powyżej. Jest nieco ukryte, bo rośnie w mniej eksponowanym i odwiedzanym miejscu. Zauważyłem go, gdy w kwietniu i maju 1995 roku porządkowaliśmy drzewostan ogrodu przy Muzeum Książki Artystycznej na zlecenie Jadwigi i Pawła (Seniora) Tryznów. Perełkowiec ten rośnie poza ogrodzeniem tego ogrodu, ale onegdaj (czytaj przed wojną) był z pewnością jego wielką ozdobą. „Doniosłem” na niego jak i w poprzednim wypadku do Wydziału i został wpisany również w poczet „pomników przyrody prawem chronionych” Miasta Łodzi. Jest to trzypniowy okaz z rozłożystą koroną. Jego przewodnie konary zostały wzmocnione poprzez  montaż klasycznego trójkątnego wiązania typu „cobra” przez jedną z renomowanych łódzkich firm, niestety nie wiem w jakich latach  to nastąpiło. W stanie bezlistnym jest ono bardzo dobrze widoczne.

Perełkowiec
Perełkowiec
Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna. Kwiecień 2021. Perełkowiec japoński w wersji bez „zielonego ubranka”.

Ogród w otoczeniu Willi Grohmanów, mimo że był niewielki powierzchniowo, zawierał pośród drzew ze swojego pierwotnego, przedwojennego założenia, poza resztką większej całości, czyli alejką lipową, również pięknie kwitnącą wiosną magnolię, lipę gwiaździstą, dorodną trójiglicznię, starego cisa, piękne okazy kasztanowca i klona, a także urokliwą starą altanę i nie mniej urokliwy drewniany ogrodowy składzik.

Właściciele istniejącego w tej willi Muzeum Książki Artystycznej od początku „zaistnienia” w tym miejscu natrafiali na wiele problemów wynikających z nie uregulowanych sytuacji własnościowych tego obiektu. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat, przy co i rusz zmieniających się decydentach oraz obietnicach polityków wszelakich opcji, niewiele się zmieniło. W związku z tym wiele z tych porządkowych prac w ogrodzie  pokrywali ze swoich prywatnych funduszy, stąd i nasza współpraca często oparta była na tzw. barterze. W którymś z odcinków postaram się to opisać.

Magnolia
Maj 1995 r. Łódź, ul. Tymienieckiego. Kwitnąca magnolia w ogrodzie przy Willi Grohmanów.
Ogród przy willi Grohmana
Maj 1995 r. Łódź, ul. Tymienieckiego. Ogród przy Willi Grohmanów w trakcie prac porządkowych (powyżej urokliwy składzik ogrodowy i hałdy zrębków przeznaczonych na kompostowanie).
Ogród przy willi Grohmana
Październik 1995 roku. Łódź, ul. Tymienieckiego. Zabytkowa altana w ogrodzie przy Willi Grohmanów i część alei lipowej, w jesiennym „ubranku”.
Cis przy willi Grohmana
Październik 1995 roku. Łódź, ul. Tymienieckiego. Stary cis w ogrodzie przy Willi Grohmanów.

Przy wiosennym pobycie na Pomorzu doglądałem m.in. prac w Dąbkach. Przytrafiło nam się ścinać tam potężną topolę rosnącą przy samej jezdni drogi. Pracownik, który miał wykonać to ostatnie kładące cięcie, nie „dociął” (źle dobrał długość prowadnicy), zostawiając zawiasę, która tę kilkutonową kłodę utrzymywała w pionie (cięcie było na tzw. „bobra”, czyli wokół pnia). Mimo prób jej obalenia przez pociąganie przy użyciu zamontowanej liny, ciągle słyszałem….”szefie nie idzie!” A szef z innymi zatrzymuje ruch na drodze wojewódzkiej! Dobrze, że napatoczył się ciągnik, który pomógł ją nam położyć. Ale i tak do czasu jej pocięcia na kawałki i odblokowania drogi, dowiedzieliśmy się w szczegółach…  „kim są nasi rodzice”… od zdenerwowanych kierowców! Dobrze, że w tamtych latach jeszcze nie wszyscy mieli „po trzy auta w rodzinie” i ruch był zdecydowanie mniejszy.

Ścięta topola
Dąbki. 1995 r. Droga zablokowana wielką kłodą ściętej topoli.

Latem, gdy wykorzystując znajomości z zaprzyjaźnionymi koszalińskimi drogowcami przebywałem z synem w „wozie Drzymały” w Dąbkowicach, pojechaliśmy do Darłowa obejrzeć pięknego dęba rosnącego przy kościele. Był to pomnik przyrody poświęcony Marcinowi Lutrowi. Mieliśmy jesienią robić przy nim prace pielęgnacyjne.

Dąb Marcin Luter
Darłowo. 1995 r. Dąb Marcin Luter.

A na rynku Darłowa przy Ratuszu rosły wtedy jeszcze bardzo stare, z dziuplastymi pniami, kuliste robinie, wycięte niestety w ramach jego rewaloryzacji!

Robinie w Darłowie
Darłowo. 1995 r. Stare robinie przy Ratuszu.
Robinie w Darłowie
Jeszcze wiosną 2008 roku stare robinie przy Ratuszu w Darłowie, tak „przygotowano” do nowego sezonu.

A o tym, co działo się jesienią 1995 roku, opowiem już w kolejnym odcinku.

Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki

Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego TUTAJ.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *