Czytając i słuchając oraz od czasu do czasu oglądając (to taka moja pandemiczna hierarchia) informacje o masowych wycinkach w polskich lasach (o trwającej deforestacji w Polsce już wspominałem) i masowych wycinkach drzew pod hasłem „modernizujemy nasze drogi i nasze miasta”, mam nieodparte wrażenie, że rządzą nami aktualnie ludzie z gatunku… po mnie choćby potop! Zastanawiam się również, czy oni są bezdzietni? Nie mają wnuków?
Czy naprawdę im nie zależy, jaki świat zostawią po sobie? Czy władza i pieniądze przesłaniają im przyszłość, w jakiej przyjdzie żyć ich potomkom?
Dla mnie jest to niepojęte!!!
Przeglądając i przy okazji porządkując swoje archiwalia (na potrzeby m.in. tych opowieści), natrafiam na różne zapomniane, głęboko ukryte na półkach, dawno niewyciągane na światło dzienne różne publikacje oraz moje notatki. Wiele z nich zawiera niezwykle aktualne treści, czasami wręcz zaskakująco aktualne, mimo upływu kilkudziesięciu lat! Niektórymi z nich dzielę się z czytającymi te moje wspomnienia. Podobnie jest i w tym odcinku.
Ostatnio jedna z moich Szanownych Czytelniczek zapytała dlaczego „DENDROLOGIA PRAKTYCZNA” , a nie jakoś inaczej nazwałem te swoje wspomnienia?
Coś tam zacząłem mówić o praktycznej wiedzy, jaką przy okazji staram się przekazać itp.
I po raz kolejny…sprawdza się teoria przypadku!
Wśród różnych zapomnianych „szpargałów” znalazłem też kartki z końca lat 90-tych, a na nich zapisane definicje, lecz nie znam ich autora (autorów) i nie mogę ich przytoczyć, za co ewentualnie przepraszam. Te definicje to:
– dendrologia praktyczna, inaczej arbokultura – działania związane z badaniem, uprawą oraz ochroną drzew, krzewów, pnączy i innych wieloletnich roślin drzewiastych;
– arborysta – osoba, która zajmuje się arbokulturą;
– chirurg drzew – osoba przeszkolona do bezpośredniego, czynnego wykonywania prac związanych z pielęgnacją i ochroną drzew w procesie arbokultury, należy więc do kategorii rzemieślniczej.
Sięgnąłem do słownika j. polskiego PWN i znalazłem znaczenie słowa rzemieślnik – człowiek zajmujący się rzemiosłem. Oraz synonimy tego słowa – mistrz, fachowiec, fachura!
Od kiedy zająłem się tym zajęciem, zawsze uważałem się (i nadal tak czynię) za chirurga drzew.
Koniec lata i jesień 1995 roku obfitowały w wiele ciekawych wydarzeń zarówno w naszej firmie jak i poza nią. Najpierw w połowie września pojechałem do Krakowa na zebranie ZG PTChD, a prosto stamtąd do Starego Sącza z piłami „dolmarkami” do jedynego w tamtych latach mechanika w Lasach Państwowych, który umiał je naprawiać (i miał czym!). Byliśmy już z nim zaprzyjaźnieni, nazywał się Olek Piętka, przesympatyczny sądecki góral!
Bezpośrednio po powrocie, w dn. 21-09-1995 r., pojechałem do Warszawy na spotkanie z panem Jimem Kielbaso, Post Presidentem ISA (International Society of Arboriculture), który przyjechał z USA do Europy na Kongres ISA i przy okazji odwiedził Polskę, skąd wywodziła się jego rodzina.
Pan J. Kielbaso był goszczony przez naszych kolegów z różnych regionów kraju przez kilka dni, ja uczestniczyłem jedynie w tym oficjalnym kilkugodzinnym spotkaniu z nim, w siedzibie NOT przy ulicy Czackiego.

W trakcie tego spotkania wręczył on – na ręce naszej Pani Prezes Ani Szczocarz – kilka sadzonek katalpy, wyhodowanych z nasion drzewa rosnącego przed Waszyngtońskim Białym Domem.

Dzięki przychylności Pani Prezes jedna z tych sadzonek za moim pośrednictwem trafiła do Ogrodu Botanicznego w Łodzi. Dzięki „cudownym rękom” sadzącej ją osoby (a pracowała wtedy w Ogrodzie Pani, o której krążyła fama, że nawet jak posadzi sadzonkę korzeniami do góry, to i tak się przyjmie), troskliwej i fachowej opiece pracowników ogrodu, pięknie się ta katalpa rozrosła i aktualnie wspaniale prezentuje w okresie kwitnienia, jak i poza nim!
Pozostałe sadzonki rozjechały się po kraju. O ile mnie pamięć nie myli to jedna na pewno pojechała do Krakowa, jedna chyba wylądowała w Wielkopolsce i jeszcze jedną kojarzę z Opolszczyzną. Próbowałem kilka lat temu ustalić, co się stało z tymi sadzonkami, czy rosną i w jakim miejscu, ale niestety nie uzyskałem żadnych informacji! Szkoda, bo można byłoby z tego zrobić jakąś ciekawą akcję. Może któraś z osób to czytających coś pokojarzy lub któryś z kolegów, pamiętających to wydarzenie, przeczyta te moje wspomnienia i jeszcze się odnajdą?


Z tego spotkania z Panem J. Kielbaso zapamiętałem jeszcze jedną rzecz, która mi do dzisiaj nie daje spokoju, a dotyczy funkcjonowania różnych organizacji czy towarzystw.
Występował On wtedy jako Post President, czyli po naszemu Były Prezes. Ale nie „były”, bo już nie jest, tylko jako osoba funkcyjna. Otóż obowiązywał wtedy w ISA (nie wiem jak jest aktualnie, bo nigdy nie należałem) taki model, że w zarządzie organizacji był Prezes (ten, co aktualnie rządził), Były Prezes oraz Prezes Elekt, (który miał przejąć rządy w kolejnej kadencji), a organizacja wyborów do władz była ustalona pod ten model! Obowiązywały jednocześnie rządy jednokadencyjne. I nie były to tylko funkcje honorowe. Byli oni pełnoprawnymi członkami władz. Oczywiście głos decydujący miał aktualnie urzędujący. Pełna demokracja! Ile instytucji czy innych struktur władzy byłoby lepiej zarządzanych, gdyby ten model był powszechnie obowiązujący!
Wrzesień 1995 roku (jak zwykle bardzo pogodny), zakończył się z wielkim przytupem, przynajmniej w Łodzi!
W dniach 28-30 września odbyła się w Łodzi konferencja pt. „Ekologiczny system miejskich terenów zieleni i krajobrazu”. Jej organizatorami byli wspólnie:
– Urząd Miasta Łodzi,
– Uniwersytet Łódzki,
– Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Ogrodnictwa
oraz
– Sekcja Fizjografii Towarzystwa Urbanistów Polskich.
Uff… przyjemnie wymieniać!
Uczestniczył w niej również, na zaproszenie UM Łodzi, Gość z partnerskiego miasta Stuttgart (partnerstwo naszych miast trwa formalnie od 1988 roku), Dyrektor Urzędu Ogrodów, Cmentarzy i Leśnictwa Miasta Stuttgart Werner Koch. Wygłosił w jej trakcie odczyt o tzw. „Zielonym U”, czyli połączeniu w pewien ciąg już istniejących obiektów zieleni, takich jak parki, ogrody, skwery czy niezabudowane tereny naturalne oraz nowo powstające obiekty zieleni, w ten sposób tworząc zieloną „wstęgę” wokół miasta Stuttgartu.
Miałem wtedy okazję spędzić w towarzystwie Pana Wernera Kocha cały dzień. A stało się to, dlatego, że dr G. Ojrzyńska poprosiła mnie abym – „zaopatrzony” w tłumacza i samochód służbowy z kierowcą – zagospodarował Gościowi dzień, w którym jego udział w konferencji nie był konieczny. Zgodziłem się nie tylko z tego powodu, że nieco „po niemiecku kumam”, ale przede wszystkim, iż takim prośbom i takim ludziom się nie odmawia! No a poza tym byłem w komitecie organizacyjnym tej konferencji, w towarzystwie zresztą bardzo zacnych osób, którym przewodniczył prof. Romuald Olaczek. W owym czasie był m.in. członkiem Państwowej Rady Ochrony Przyrody, ważnym organie doradczym Rządu RP, a na niwie lokalnej przewodniczył Radzie Konsultacyjnej ds. Zieleni przy Prezydencie Miasta Łodzi.
Konferencja ta była wielkim wydarzeniem. Wygłoszono wiele ciekawych (nawet bardzo!) referatów, a uczestniczyło w niej ponad 300 osób z całej Polski. Do jej merytorycznej treści wrócę jeszcze w dalszej części, a na razie skupię się na Gościu!
Pokazałem Mu kilka miejsc w Łodzi, a później zawiozłem do Nieborowa i Arkadii oraz Żelazowej Woli. Dowiedziałem się wtedy od niego wielu ciekawych informacji zawodowych i nie tylko. Znajomość ta zaowocowała tym, że kilka lat później, w ramach konferencji PTChD-NOT związanej z wyjazdem na Światową Wystawę Ogrodniczą „FLORIADA 2002” do Holandii, byliśmy przez cały dzień goszczeni przez Pana W. Kocha i pracowników jego Urzędu w Stuttgarcie! Z tamtego dnia w Stuttgarcie zapamiętałem szczególnie wizytę w zabytkowym Parku Wilhelma (tzw. „dwa w jednym”- czyli ZOO i Ogród Botaniczny razem) oraz oszałamiająco kwitnące na fioletowo szpalery starych drzew paulowni. Była wtedy końcówka kwietnia, u nas zalegał jeszcze gdzieniegdzie śnieg, a tam taka barwna orgia.
Widok nie do zapomnienia!


Nim wyruszyliśmy z Panem W. Kochem poza Łódź, otrzymałem pierwszą porcję innego patrzenia na problemy zarządzania zielenią miejską. Nasz kierowca zaparkował w którymś momencie (jeszcze na terenie Łodzi) bezpośrednio pod koroną drzewa (zderzak prawie dotykał pnia), a była to lipa. Był to taki nieformalny, choć utwardzony, miejski parking. Usłyszałem, że u nich już taka sytuacja jest nie do pomyślenia! Stwierdził, że tak trzeba organizować miejsca parkingowe, aby samochody nie szkodziły drzewom (zwłaszcza starszym), tzn. zachować za pomocą różnych sposobów odpowiednie odległości od pni (barierki, nasadzenia niskich roślin itp.); występuje również kwestia ugniatania korzeni, no i jeszcze coś, na co u nich również przez wiele lat nie zwracano uwagi, czyli to, co spada z drzew mogąc szkodzić parkującym pod nimi samochodom. I wcale nie chodziło mu o gałęzie, ale np. o spadź, która trwale niszczy lakier nadwozi samochodowych! Powiedział mi, że na wiele tych problemów zaczęto inaczej patrzeć w momencie, gdy miasto przegrało kilka spraw odszkodowawczych w sądach. Okazało się, że jedno zapłacone odszkodowanie właścicielowi np. nowego mercedesa (a w rodzinnym mieście tej marki jest ich sporo), wystarczało na pokrycie kosztów wykonania szeregu prac porządkujących i zabezpieczających. Po prostu zadziałała ekonomia! Takie i jeszcze inne nauki pobierałem w trakcie tej kilkugodzinnej wycieczki z naszym Gościem z Niemiec. A Nieborów, Arkadia i Żelazowa Wola bardzo się podobały.
Wracając do samej konferencji, to w jej trakcie było kilkanaście bardzo ciekawych wystąpień związanych z gospodarowaniem zielenią (w tym miejską), zarówno naukowców jak i praktyków. Jej efektem było wydawnictwo pokonferencyjne, z którego chciałem zaprezentować wnioski opracowane przez zespół kompetentnych osób. Kiedy czytałem je po wielu latach, sam się mocno zdumiałem, ale i „zadumałem” nad ich aktualnością. No, ale przecież upłynęło „dopiero” ćwierć wieku od ich zredagowania! Zresztą osądźcie Państwo sami. Przytaczam je poniżej w całości, bo warto poczytać.



Wniosek 17 był ostatnim!
Oj rozpisałem się o różnych sprawach „około”, ale myślę, że choćby ze względu na ich pewną wartość historyczną – warto było!
Również w naszej firmie, jesienią 1995 roku, nie mogliśmy narzekać na brak ciekawych zdarzeń, no i prac oczywiście. W czasie gdy ja w Łodzi, poza nadzorowaniem prac, „robiłem politykę”, Klimek przebywał z pracownikami na Pomorzu, za bazę mając wspominane tu już po wielokroć Parsowo. Ktoś, kto to czyta, może pomyśleć – człowieku gdzie ty miałeś jeszcze czas na zajmowanie się firmą? No cóż! Po prostu byliśmy wtedy znacznie młodsi, a poza tym nam wtedy bardzo się chciało intensywnie żyć! Odzwierciedleniem tego, w moim przypadku, był np. przebieg roczny mojego samochodu, który potrafił dochodzić do 42 000 km. Myślę, że jak na niezawodowego kierowcę, to nieźle! I proszę mi wierzyć, (o czym najlepiej może zaświadczyć moja rodzina), że udział wyjazdów prywatnych był w tym znikomy i z reguły połączony z tymi zawodowymi.
W trakcie prac w Koszalinie zabezpieczaliśmy coraz częściej stare drzewa na terenach intensywnie przejmowanych przez inwestorów pod nowe obiekty, którzy jeszcze wtedy musieli dostosowywać się do obowiązujących „zielonych paragrafów” naszego prawa. Słychać było jednocześnie coraz częściej w mediach, że powoli zaczynał się zorganizowany ruch developerski i wiążący się z tym silny finansowo lobbing. Doprowadził on z czasem do totalnego zepsucia naszego prawa ochrony przyrody, które uchodziło za jedno z najlepszych w Europie (i to nie jest tylko moje zdanie)!

Ponieważ nie chciałbym, aby wyglądało na to, że byliśmy tacy święci, a drzewa tylko ratowali i zabezpieczali, to przyznaję, że przyjmowaliśmy również zlecenia na ich usuwanie, również tych jeszcze żyjących. Najczęściej dotyczyło to prac tzw. trudnych, których z jakiś powodów nie chcieli przyjmować inni „specjaliści”. Jeszcze pod koniec lata, gdy akurat byłem z pracownikami na Pomorzu, otrzymaliśmy prywatne zlecenie na ścięcie dorodnej, mocno wyrośniętej do góry topoli w Kołobrzegu. A można ją było ściąć jedynie w niedzielę, bo na taki dzień dostaliśmy zezwolenie od zarządcy drogi! Dzień był słoneczny, brygada była zainteresowana (ja zresztą też), aby zrobić to szybko …” bo na wieczór byli poumawiani”. Dali wtedy popis sprawności i szybkości, tak że łącznie ze „zmłóceniem” gałęzi, trwało to do obiadu, spożywanego w…. Parsowie! Obok rósł jeszcze buk, który miał pozostać nieuszkodzony, bo należał już do sąsiada. W takich momentach, gdy prace szły sprawnie, a jeszcze gdy prace wykonywane należały do tych niełatwych, byłem wręcz dumny z naszych pracowników. I proszę mi wierzyć, że nie było to rzadkim odczuciem! Tym bardziej, że w tamtych rejonach i w tamtych czasach, ludzie nieczęsto, a wręcz powiem, że dopiero za naszą przyczyną, mieli okazję zobaczyć brygady pracujące przy drzewach bez podnośników czy innych podobnych urządzeń wspomagających! Niejeden raz słyszałem z ust „gapiów” (zwłaszcza płci żeńskiej) okrzyki przerażenia, na widok wiszących na linach pracowników bądź wykonujących różne „przewieszki”, czy pracujących na końcówkach konarów i dlatego wyglądających, jakby za chwilę mieli spaść na ziemię! Niektórzy z nich pozwalali sobie na dodatkowe „akrobacje” pod publiczkę, za co otrzymywali ode mnie albo od Klimka (woleli jednak ode mnie) „ochrzan”. No cóż młodość i głupota często idą w parze!

Współcześnie pracujący młodsi koledzy mogą zapytać, a czemu nie z podnośnika ta ścinka?
Jak widać, pracowało równolegle dwóch pracowników na każdym z dwóch głównych konarów w koronie i każdy miał zespół asekuracyjny, opuszczający odcinane elementy z jego części korony drzewa na linach. Pod spodem były ceramiczne dachy oraz (co prawda niewidoczne) „wypasione” ogrodzenie. Nie muszę dodawać, że pierwotna korona drzewa znacznie wchodziła nad budynki, o czym świadczy niezła hałda odciętych już gałęzi widoczna na lewym zdjęciu. No i jakość oraz sprawność techniczna ówcześnie dostępnych podnośników znacznie odbiegała od obecnych. Szkód – zero! A obiad w Parsowie, tego świątecznego dnia, wyjątkowo nam wszystkim smakował!
W Łodzi i okolicach robiliśmy w tym czasie głównie jednak prace związane z pielęgnacją drzew na terenach parków (kontynuacje prac) oraz pojedyncze pomniki przyrody. Wyjątkowo wcześnie, bo już od września, zaczęliśmy również prace na obu cmentarzach w Radomsku. W Łodzi na ul. Bema na terenie ogródka przy Przedszkolu znajduje się dąb – pomnik przyrody. Było to drzewo dorodne, ale już wtedy zauważalna była jego słaba kondycja. Miejsce gdzie rósł i wydzielający się często gruby susz powodowały, że głównie ze względów bezpieczeństwa był poddawany kilkakrotnie zabiegom cięcia w koronie, aby wyeliminować możliwość upadku grubych konarów na bawiące się w ogródku dzieci. Kiedy ostatnio tam przejeżdżałem zauważyłem, że to drzewo już zupełnie uschło, nie wiem natomiast czy straciło status pomnika przyrody, bo nadal na jego pniu wisi tabliczka ochronna. Cóż – i taki los spotyka te stare drzewa!


Jeszcze pod koniec września, na kilka dni, przyjechali do Łodzi nowo zatrudnieni pracownicy, mieszkańcy Polanowa, w celu przeszkolenia. Postanowiliśmy na trwale powołać brygadę obsługująca teren woj. koszalińskiego, z bazą w Polanowie, zaopatrzoną we własny samochód i sprzęt. Szkoleni byli m.in. przez naszych starszych pracowników na bieżąco, czyli przy robocie. Potem mieli wrócić do Polanowa i czekać na nasz powrót z Paryża! Tak, tak, z Paryża, a co…. W ten to sposób (choć nie tylko) postanowiliśmy uczcić X-lecie naszej firmy! Pojechaliśmy tam we dwóch, moim samochodem marki Honda „Shutla”, na zaproszenie wieloletniego Przyjaciela Klimka, a mojego dobrego znajomego – Paryżanina, Marka Franciszkowskiego. Działo się to w dniach 14-22.10.1995 r., z czego w Paryżu i jego okolicach spędziliśmy pełne 5 dni. Ale o tej naszej jubileuszowej eskapadzie chciałbym napisać trochę więcej, dlatego przeniosę te wspomnienia do kolejnego odcinka. Niejako dla „zapowiedzi” tego, co tak naprawdę zajmowało nam najwięcej czasu w tym pięknym mieście, do którego obaj jechaliśmy po raz pierwszy, przedstawiam kilka poniższych zdjęć. Ich wspólny podpis, jaki mi się ciśnie to….
…„Październik 1995 roku. Pobyt dwóch łódzkich chirurgów drzew w Paryżu”…



Obaj pracujący, widoczni na zdjęciach powyżej, byli niewielkiego wzrostu, nie wiem czy to był przypadek, czy też pewna zasada obowiązująca tam w zatrudnianiu do prac metodą linową?
W trakcie pisania moich opowieści „O drzewach i …nie tylko”, wielokrotnie zaglądam do starszych wpisów „Zielnika Łódzkiego”, goszczącego mnie na swych internetowych stronach. Jest to źródło wielu wspaniałych, uzyskanych przez autorkę, często po żmudnych kwerendach i licznych wizytach w terenie, fachowych informacji czy ciekawostek okraszonych pięknymi zdjęciami, w tym wiele z tych informacji jest już wręcz historycznych! Kończąc ten odcinek proponuję moim Szanownym Czytelnikom, aby również to czynili, dzięki czemu rozszerzą i uzupełnią informacje o drzewach i miejscach, które być może za mało lub zbyt powierzchownie (z uwagi na przyjętą formułę) opisałem.
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego TUTAJ.

