Kontynuując zaczęty w jednym z poprzednich odcinków temat „świadków drzew”, czy też  „świadków po drzewach”, chciałbym pokazać kilka kolejnych przykładów, jak można w sposób często niewymagający wielkich nakładów, albo wręcz bez ich udziału, ale np. dzięki podjętej we właściwym momencie dobrej decyzji, zachować historię życia tych drzew, czy też za ich pomocą opowiedzieć historię miejsc czy ludzi.

Czasami taki „świadek” bardziej edukuje niż niejedna mniej czy bardziej uważnie wysłuchana lekcja lub niedokładnie przeczytana książka o przyrodzie albo historii.

Więcej powiem – często edukuje „wbrew”, czyli nawet tych, którzy czują wstręt do wszelkiej tradycyjnej nauki i „nie pokalali swoich rąk” przeglądając np. album ze zdjęciami drzew.

A tu masz, przechodzi obok i widzi! Może się zdarzyć, że i …. pomyśli? Czyli zadziałało!

Kiedy w poprzednich odcinkach pisałem o „świadkach” nie wiedziałem (nieuctwo?), że została sformułowana definicja słowa „świadek” w przytaczanym poniżej znaczeniu. Otrzymałem niedawno do wglądu pewną dokumentację, w załączniku do niej były zawarte różne definicje, w tym i ta:

– „świadek” – pozostałość drzewa (zazwyczaj jego martwy pień), zachowana ze względów przyrodniczych (siedlisko grzybów, bezkręgowców, ptaków lub nietoperzy) lub kulturowych (świadek historii) z utrzymaniem wymogów bezpieczeństwa w jego sąsiedztwie.

Moim zdaniem, powyższa definicja nie obejmuje wszystkich możliwych „świadków”, w takim zakresie jak je postrzegam.

Dla ciekawości sięgnąłem do niezawodnego słownika j. polskiego PWN – tam jedno z podanych znaczeń mówi, że:

 – świadek – osoba obecna przy czymś i mogąca opowiedzieć o tym.

Inne zbliżone słowa:

– świadczyć -być dowodem;

– świadectwo – opowieść świadka określonych wydarzeń.

Zacznę te opowieści o kolejnych „świadkach”, od takiego przykładu trochę – nie wprost! Na wiosnę 1995 roku, na zlecenie Zarządu Dróg w Koszalinie ścięliśmy dużego dęba, który rósł przy drodze powiatowej we wsi Sucha Koszalińska. Jego pień znajdował się bezpośrednio przy jezdni drogi, na skraju lekkiej skarpy otaczającej pobliski gotycki urokliwy kościółek, jakich wiele na tamtych terenach. Fakt, było to drzewo zawalidrogą. Znajdowało się bowiem nie dość, że na skrzyżowaniu dróg, ale i na dosyć ostrym „S-łuku” znacząco ograniczając widoczność. Sam czasami na to psioczyłem, gdy zwłaszcza jesienią lub zimą tamtędy przejeżdżałem! Dość, że zapadła decyzja o jego usunięciu.

Dąb w Suchej Koszalińskiej
Wiosna 1995 r. Sucha Koszalińska. Opisywany dąb, to ten najbardziej skrajny z prawej strony.

Ścięty, „zdrowy jak dzwon”, pień o dużych rozmiarach i ciężarze, przez wiele miesięcy leżał na poboczu, w pobliżu kościoła. Aż pewnego dnia zniknął. Nie wiedziałem gdzie się podział. Było to pod koniec 1995 lub na początku 1996 roku.

I tak kończy się pierwsza część tej opowieści o „świadku”.

Niedawno postanowiłem „scyfryzować” (jakie trudne do wymówienia są te nowe określenia) swoje archiwalia przechowywane dotychczas na slajdach, fotografiach i filmach nagrywanych na różnych nośnikach (taśmy 8 mm, kasety VHS duże i małe). Slajdy i fotki czasami zdarzało mi się obejrzeć, ale filmy… leżały zapomniane. Niektóre kilkadziesiąt lat. Zupełnie też nie pamiętałem, co na niektórych było nagrane! Gdy w końcu zacząłem je na nowo przeglądać (pomijam ich jakość), wielokrotnie cieszyłem się, znajdując zdarzenia i miejsca (także drzewa) zupełnie przeze mnie zapomniane!

Teraz zaczyna się druga część opowieści.

We wrześniu 1998 roku byłem w Darłowie (miałem przy sobie kamerę), przygotowując się do wykonania przez nas prac na tamtejszym cmentarzu. Znajduje się na nim bardzo urokliwy kościół pw. Św. Gertrudy. Jest to zabytkowa budowla w kształcie ośmioboku. Takie nietypowe, co do kształtu, obiekty sakralne, można spotkać jeszcze na tamtych terenach, choć są wielką rzadkością. Dawniej była to jedynie kaplica cmentarna. Dopiero w 1990 roku erygowano w niej obecny kościół. 

W Darłowie zaczęliśmy pracować od jesieni roku 1995, wykonując prace na terenie całego miasta, łącznie z nadmorskim Darłówkiem. Na cmentarzu wykonywaliśmy prace wielokrotnie w ciągu kilku lat. Wykonywaliśmy prace dla różnych zleceniodawców, tych instytucjonalnych oraz na prywatne zlecenia. Pielęgnacje i ścinki.

W trakcie tej wizyty zastałem tam, pod wiatą postawioną na pobliskim trawniku, stosunkowo młodego mężczyznę, który coś rzeźbił. W wyniku rozmowy (nagranej na mojej kamerze) dowiedziałem się, że nazywa się Edward Szadkowski i jest z Czaplinka, a tutaj na zlecenie Proboszcza rzeźbi figurę patronki kościoła. Figura ma stanąć na trawniku obok pod okapem głogu i będzie „jakby osłonięta” rybacką łodzią. Ale największą, dla mnie oczywiście, sensacją było to, że powstaje ona z kłody ściętego przez nas kilka lat temu dęba w Suchej Koszalińskiej!

Drzewo to zostało odkupione od drogowców przez parafię z przeznaczeniem na rzeźbę świętej. Tak oto to ścięte drzewo, przeszło do historii, stając się … jej „świadkiem”!

O tym, że posąg Św. Gertrudy stoi nadal przy kościele na cmentarzu w Darłowie przekonałem się w trakcie ostatniej wizyty w sierpniu 2020 roku!

Trzy pierwsze poniższe zdjęcia pokazujące rzeźbiarza przy pracy to kadry ze wspomnianego filmu.

Rzeźbienie posągu
Rzeźbienie posągu
Rzeźbienie posągu
Posąg św. Gertrudy
Tak posąg Św. Gertrudy wyglądał kilka miesięcy po jego postawieniu, wczesną wiosną 1999 roku…
Posąg św. Gertrudy
…tak wiosną 2008 roku…
Posąg św. Gertrudy
Posąg św. Gertrudy
…a tak w słoneczny, letni dzień 2020 roku, (ponad 20 lat od wyrzeźbienia z przez nas ściętego dęba).

Na inny ciekawy i rzadki okaz „świadka” natrafiłem w pięknym mieście Bamberg. Położone jest ono we Frankonii, czyli północnej Bawarii, w Niemczech. Byłem w nim kilka razy prywatnie, ale tego „świadka” odkryłem go dopiero, gdy wraz z kolegami z PTChD byliśmy tam w 2014 roku. I to tylko za przyczyną faktu, iż nie za bardzo mogąc, ze względów zdrowotnych, przemieszczać się z całą grupą po dosyć stromych uliczkach tego miasta, spacerowałem sobie po mieście sam, w tych bardziej przyjaznych wtedy dla mnie miejscach. Przez zupełny przypadek wszedłem w bramę prowadzącą na klasztorny dziedziniec. W tej właśnie bramie leżał sobie skromnie, na uboczu pod ścianą, mój następny obiekt, czyli subfosylny dąb, zwany też dębem czarnym lub kopalnym wydobyty z dna pobliskiej rzeki Regniz, o czym informowała zawieszona na ścianie obok tablica. Drewnem subfosylnym nazywane jest drewno drzew, głównie dębów, które długi czas (kilkaset czy kilka tysięcy lat) przeleżało w całości pod ziemią lub pod wodą. Akurat ten w Bambergu datowany jest na ok. 3000 lat przed Chrystusem.

Dąb subfosylny w Bambergu
Dąb subfosylny w Bambergu

Dawniej (a może jeszcze tak jest?) takie wydobyte drewno czarnych dębów było na wagę złota i po odpowiedniej obróbce przerabiane było na równie cenne wyroby, np. bardzo ozdobne reprezentacyjne meble!

Podobnego w materii, lecz innego w swej symbolicznej wymowie „świadka” widziałem w Katedrze Wniebowzięcia NMP  w Zagrzebiu, w 2013 roku. Jest to  również subfosylny dąb wydobyty z rzeki Sawy.

Dąb subfosylny w Zagrzebiu

Zamieszczone na nim były 2 kartki. Na jednej był taki tekst: „ Kiedy urodził się Jezus ten dąb był gałązką. Gdy miał 200 lat powódź zmiotła go i zaniosła do rzeki Sawy. Przebywał tam do wczoraj. Dzisiaj jest tutaj przed naszymi oczami.”. Na drugiej kartce był cytat ze Starego Testamentu z Księgi Izajasza o drzewie Jessego.

W marcu 2020 roku Zagrzeb nawiedziło silne trzęsienie ziemi, w trakcie którego Katedra uległa częściowemu zniszczeniu. Nie wiem czy ten „świadek” to przetrwał?

Innego typu „ świadka” można znaleźć w miejscowości Wörlitz (Niemcy) na jednej z wysp jeziora wchodzącego w skład zespołu pałacowo- parkowego. Na wyspę można dostać się m.in. urokliwym niewielkim promem poruszanym siłą ludzkich rąk. W starym wypróchniałym pniu platana posadzono młode drzewo tego samego gatunku, dla upamiętnienia jednej z pracownic,  zajmujących się tamtejszym parkiem przez wiele lat i bardzo zasłużonej dla tego miejsca, o czym informowała przymocowana na nim tabliczka!

Drzewo świadek w Worlitz

Podobnych w idei (drzewo w drzewie) „świadków” można spotkać również i u nas. Znam kilku Kolegów, którzy wykonywali takie prace. Czasami takie sytuacje powstają również samoczynnie (jak na zdjęciach poniżej).

Pniak robinii
Taki przykład „drzewa z drzewa” (robinia z robinii) można było spotkać…
Robinia na ul. Krakowskiej
…na ul. Krakowskiej w Łodzi.

A Wörlitz polecam do obejrzenia, jak tylko będzie można! Stosunkowo niedaleko położone od granicy z Polską, nadaje się na jednodniowy wypad samochodowy, nawet z centrum naszego kraju. Jest to takie miejsce do kilkugodzinnego spacerowania i zwiedzania, pełne różnorakich atrakcji, a wśród nich również wiele ciekawych egzotycznych drzew.

I na koniec prezentacji tych różnorodnych sposobów upamiętniania drzew (na pewno do tego tematu będę jeszcze wracał, gdy coś ciekawego, wartego pokazania, wynajdę), chciałem pokazać „świadka” najstarszego drzewa z introdukowanego do Europy gatunku robinia akacjowa (Robinia pseudoaccacia), zwanego u nas popularnie akacją! Okaz ten znajdował się w słynnych ogrodach The Royal Botanic Gardens w Kew po Londynem. Ponieważ upłynęło już trochę lat, kiedy go miałem okazję zobaczyć i dotknąć (1998), to zupełnie nie mam pojęcia czy jeszcze „trwa na stanowisku”! Podobno został posadzony jeszcze przed oficjalnym założeniem tych ogrodów (w 1840 r.), czyli za czasów Lorda Henry’ego Capella, właściciela tamtych terenów od połowy XVIII w.

Robinia w Kew Gardens
Robinia w Kew Gardens

Wracam teraz do rzeczywistości, czyli do tego, co się działo w naszej firmie. Jak już w poprzednim odcinku zapowiedziałem, „czasowo porzuciliśmy ją” z Klimkiem w połowie października, wyprawiając się na okolicznościową wycieczkę do Paryża (X-lecie firmy). Mieliśmy na czas naszej nieobecności poustawiane wielodniowe prace, zarówno brygady w Łodzi, jak i na ziemi koszalińskiej. Na Pomorze, niejako w naszym zastępstwie, wysłaliśmy dwóch najstarszych pracowników, którzy mieli za zadanie dopilnować żeby wszystko szło jak należy. Oczywiście w takim zakresie, na ile nawet najlepszy pracownik jest się w stanie utożsamiać z interesem szefa? Nie było najgorzej, bo po naszym powrocie, większych zaległości w zaplanowanych na ten czas pracach w obu ekipach nie zauważyliśmy.

Do Paryża pojechaliśmy moim prywatnym samochodem, we dwóch. Kierowcą byłem tylko ja, bo jeszcze w tym czasie Klimek nie miał prawa jazdy. Podzieliliśmy jazdę na trzy etapy. Najpierw 14 października (w sobotę) z Łodzi pojechaliśmy do Niemiec, do m. Retzbach niedaleko Würzburga. Tam u moich znajomych przenocowaliśmy dwie noce, a następnie wczas rano w poniedziałek 16-go wyjechaliśmy do Paryża. W Paryżu byliśmy ok. południa przy obwodnicy, tzw. peryferic, w miejscu umówionym z Przyjacielem Markiem (a tam to w zasadzie Marc’kiem) Franciszkowskim. Podobnie zaplanowany mieliśmy powrót. W sobotę 21-go pojechaliśmy w drogę powrotną, tym razem nocując tylko jedną noc u znajomych, by późnym wieczorem 22-go być w Łodzi! Dodam, że już w środę 25.10. Klimek pojechał (PKS-em) w koszalińskie, do brygady! Piszę to tak szczegółowo, bo chcę pokazać, że wtedy nawet prywatnie żyliśmy bardzo intensywnie.

Cała nasza „jubileuszowa podróż” była jednym pasmem różnorodnych, często nieprzewidywalnych, wydarzeń. Pomijam tu aspekt poznawczy, czyli chłonięcia wspaniałego miasta, onegdaj (a może i nadal) zwanego „pępkiem świata” – Paryża! Obaj z Klimkiem byliśmy w nim po raz pierwszy! No bo niby kiedy wcześniej i jak? Postaram się skupić jedynie na „zielonym aspekcie” naszego pobytu w stolicy Francji, z krótkim wypadem do Wersalu, aby nie uczynić z tych opowiadań „wspominek z minionych lat”, niekoniecznie interesujących kogoś, poza naszymi Rodzinami!

Muszę jednak  przypomnieć, że jesień 1995 roku była w Paryżu bardzo niespokojna z powodu wielu ataków terrorystycznych, jakie miały miejsce we Francji i w samym Paryżu! Ten nastrój był zauważalny na każdym kroku. Patrole policji, antyterrorystów, wojsko na każdym kroku i w każdym miejscu! Legia Cudzoziemska pilnująca Wersalu, włazy do kanałów i kosze na śmieci pozaspawane. W metrze i przy Wieży Eiffela kontrole osobiste!

Nie miało to jednak wpływu na nasz nastrój pełen turystycznych i zawodowych uniesień.

Czasami to nawet dodawało to naszym peregrynacjom po Paryżu i okolicach dodatkowego smaczku. A poza tym bariera językowa powodowała, że to wszystko, co się działo, docierało do nas z dużym opóźnieniem, kiedy np. wieczorem dzwoniliśmy do Polski i mówiono nam, jaki zamach był niedaleko miejsc naszego pobytu. Informował nas też o tym Marek, gdy późnym, często nawet bardzo późnym wieczorem wracaliśmy na nocleg. On nam bowiem nie towarzyszył w tych naszych wędrówkach, zajęty własnymi zawodowymi sprawami. Mieszkaliśmy w jego lokalu, który nam udostępnił, ale nie było to jego mieszkanie, tylko magazyn książek i innych archiwaliów, bo Marek był paryskim antykwariuszem!

Dzięki naszej spontaniczności w poznawaniu Paryża i braku jakiegokolwiek planu, każdy dzień był zaskoczeniem. Wychodząc rano, nie wiedzieliśmy gdzie nas poniesie! Marek wykupił nam pierwszego dnia kilkudniowy bilet na okaziciela (ze zdjęciem zrobionym w ulicznym automacie) na wszystkie linie miejskiej komunikacji łącznie z podmiejskim RER-em – tak, że nie martwiła nas kwestia poruszania się po mieście. Mój samochód stanął na pobliskiej uliczce i raz tylko został użyty w trakcie tego tygodniowego pobytu. Trochę rozpisałem się o okolicznościach naszego pobytu, bo dopiero na tym tle uwidacznia się bardziej to, co zajmowało nam najwięcej uwagi!

Kilka zdjęć już pokazałem w odcinku poprzednim (29-tym). Na prace związane z jesiennym formowaniem alei kasztanowców natrafiliśmy w pobliżu Ogrodów Luksemburskich (Jardin du Luxemburg), a tak dokładnie to na alei, w pobliżu miejsca gdzie znajduje się fontanna z globusem (astrolabium?). Miejsce to nosiło nazwę „Skwer Wielkich Podróżników”.

W Paryżu
W Paryżu
W tle formowany szpaler kasztanowców.

Brygada, która tam pracowała, wykorzystywała zarówno podnośnik, jak i metody linowe.    

W Paryżu

I co nas bardzo zaskoczyło, posiłkowali się w trakcie tych prac również tzw. „kolcami” (ostrogami).

W Paryżu

W Polsce obowiązywała już wtedy zasada, że można się nimi wspomagać jedynie przy ścince drzew, gdyż powodowały one liczne zranienia konarów i gałęzi (ukłucia), a w przypadku niektórych gatunków drzew również powstawały rany na ich pniach (np. na bukach).

Szczerze mówiąc, nie wiem czy ta zasada jeszcze obowiązuje i czy Zleceniodawcy bądź inspektorzy nadzoru (jeżeli w ogóle są) tego pilnują?

Kiedy w trakcie pobytu w Wersalu Przyjaciel robił mi zdjęcie na tle tarasu zbiegającego do Wielkiego Kanału, otoczonego z obu stron boskietami starych drzew, nie przypuszczaliśmy, że za kilka lat będziemy w tym samym miejscu oglądać tragedię, jaka dotknęła Wersal!

26 grudnia 1999 roku przeszła nad nim gigantyczna wichura, która powaliła tysiące drzew, w tym zniszczyła zupełnie owe boskiety.  

Wersal
Wersal. Październik 1995. W tle Wielki Kanał w otoczeniu tysięcy drzew.
Wersal
Nawet na tym nie najlepszej jakości zdjęciu z września 2000 roku widoczna jest różnica.

Ale o tym wydarzeniu będę chciał więcej napisać w kolejnych częściach moich opowieści, wspominając min. wyjazd PTChD-NOT do Paryża i Wersalu we wrześniu 2000 roku.

W trakcie naszego pobytu, w 1995 roku, w Paryżu trwał bardzo duży remont ogrodów położonych w pobliżu Luwru na głównej osi miasta, czyli na terenie Jardin de Tuileries. Nie wiem jak to nazywali Francuzi, kiedyś u nas nosiłby nazwę remontu generalnego, choć obecnie nazywane to jest różne…  rewaloryzacją, rekonstrukcją, przebudową!  Pośród różnych prac wymieniano tam podłoże na kilka metrów w głąb oraz zakładano orurowanie nawadniająco-napowietrzające dla nowo sadzonych drzew. Zachowało się to na moich skanach ze slajdów, dla jakości których proszę jak zwykle o wyrozumiałość! Myślę, że mają one jednak wartość historyczną, i będę mocno nieskromny mówiąc, że mam takie zdjęcia chyba jako jedyny w Polsce! Może nie jest to rzecz ważna, ale… satysfakcjonująca.   

Remont ogrodów w Paryżu
Remont ogrodów w Paryżu
Remont ogrodów w Paryżu
Remont ogrodów w Paryżu
Remont ogrodów w Paryżu

Mimo tych prac, cały teren Ogrodów nie był wyłączony z użytkowania – tak, że w pobliżu prowadzonych robót, można było zażywać odpoczynku i przy okazji mieć wgląd na to co jest robione!

W Paryżu

Żeby nie wyglądało na to, że byliśmy z Klimkiem totalnie „zjechani w bok” oczywiście wszystkie paryskie klasyki starliśmy się zaliczyć również.

W Paryżu
W Paryżu
W Paryżu
Odwiedziliśmy również to miejsce dla koneserów…, czyli rue Jean-Baptiste Pigalle. Prawda, że przyjemnie zadrzewiona ulica!

Nie zmienia to jednak faktu, że gdy dało się dojrzeć gdzieś jakieś ciekawe drzewo, to była to dla nas wielka frajda….

Mamutowiec w Wersalu
…jak ten mamutowiec z „fikuśnym” konarem w Wersalu…
Leszczyna turecka
..czy stara, potężna leszczyna turecka, wypatrzona gdzieś na uboczu paryskiego skweru.

Nie chcąc za bardzo zanudzić moich Łaskawych Czytelników, pozwolę sobie dokończyć opowieści z „paryskiego bruku” w kolejnym odcinku.

Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki

Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego TUTAJ.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *