Coraz więcej jest inicjatyw oddolnych, w ramach których mieszkańcy, nie czekając na decyzje urzędnicze, podejmują akcje mające na celu poprawę warunków życia w swoim najbliższym otoczeniu!
Powoli powstanie być może to, co mi zawsze imponowało, gdy jeździłem do znajomych mieszkających we Frankonii, czyli tzw. małe ojczyzny (niem. Heimat). W ten sposób poznając i doceniając rolę tych niewielkich okolicznych zadrzewień, łąk, rzeczułek, stawów, ostoi śródpolnych czy nawet pojedynczych drzew oraz wspólnie o nie dbając, wytwarzamy nie tylko bezpośrednią więź z otaczającym nas środowiskiem, ale powstają nowe kontakty międzyludzkie, sąsiedzkie, co z reguły daje lepsze efekty niż nawet najdoskonalsze prawo, tym bardziej to, które nie jest przestrzegane!
Zachęcam do takich działań każdego, kto się do mnie zwraca o opinię i jak mogę to pomagam. Tego typu akcje – zwłaszcza, gdy ich liderami i uczestnikami są ludzie młodzi – pozwalają mi mieć nadzieję, że jest szansa na zachowanie czy uratowanie wielu elementów naturalnego środowiska nawet w tak trudnym otoczeniu, jakim jest miasto, w tym i nasze Miasto Łódź!
Kontynuując „paryskie wspomnienia” – przypomniało mi się zdarzenie, jakie miało miejsce, gdy późną nocą wracaliśmy z podparyskiej miejscowości (tym razem pojechaliśmy tam moim samochodem), gdzie odwiedziliśmy Sylviane, która była ostatnią miłością poety Jacka Bierezina, niestety już wtedy nieżyjącego od dwóch lat. Jacek był Przyjacielem Klimka. Sylviane zadeklarowała się, że zapilotuje mnie do Paryża (bo noc, nieznane dla mnie drogi i ulice), a sama wróci metrem! Może mechanik ze mnie żaden, ale kierowca nie najgorszy, stąd nie mogłem zrozumieć, dlaczego na siłę każe mi Ona jechać w pewną uliczkę, pod prąd? Było to już w Paryżu, dobrze po północy. Jeszcze dobrze w nią nie wjechałem, kiedy z dwóch stron zostaliśmy oślepieni reflektorami zamontowanymi na samochodach antyterrorystów! Światła, ryk syren i automaty przystawione do wszystkich szyb wraz z głośnymi okrzykami! Dobrze, że była z nami Sylviane (zresztą sprawczyni tego zamieszania) – wytłumaczyła im to wszystko, kim jesteśmy itd. itp. Skończyło się na tym, że kazali jechać za nimi i torując sobie drogę sygnałami i światłami błyskawicznie odprowadzili nas na miejsce, a część tej drogi przebiegała uliczkami pod prąd! Myślę, że mało kto z maluczkich dostąpił wtedy takiego „zaszczytu”. Skończyło się wszystko dobrze, ale po przyjeździe na kwaterę moje ubranie było takie, jakbym dopiero co wyszedł z basenu, a nie z samochodu! A Sylviane…? Spokojnie wróciła do siebie metrem!
Wędrując po Paryżu odwiedziliśmy m.in. kilka cmentarzy. To była pewna „tradycja” naszych wspólnych peregrynacji. Klimek ma takie powiedzenie.. ”jak się chcesz czegoś dowiedzieć o miejscowych ludziach, odwiedź ich cmentarze”!
Oczywiście tym najbardziej znanym i ważnym, również dla nas Polaków, jest Cmentarz Pére – Lachaise (pochowany tam jest m.in. Fryderyk Chopin), ale akurat wspólne zdjęcie, zachowane w moim archiwum, zrobił nam ktoś przy grobie Edith Piaf. Niestety przy Jimie Morrisonie nie dało się, bo nie mogliśmy przepchać się przez koczujące fanki i fanów!
I to ponad 20 lat od jego śmierci!

Ale i na tych cmentarzach moje oko wyłapywało różne „drzewne klimaty”, jak ten okazały buk „obejmujący” stary grobowiec na Cmentarzu Montrmartre, nad którego sporą częścią przebiega wiadukt drogowy, nakrywając stare groby.

Z innych miejsc, które mnie bardzo „zafrapowały” w trakcie pobytu w Paryżu, były dawne hale targowe Les Halles zamienione na ogrody oraz super nowoczesna dzielnica La Defense i znajdujący się tam nowo urządzony cmentarz, widoczny z tarasu pod Wielkim Łukiem Braterstwa (Grande Arche), na którym posadzono wiele drzew i o dziwo, wcale nie tuje tylko drzewa liściaste!




Ostatniego wieczora przed wyjazdem zostaliśmy zaproszeni przez naszego gospodarza Marka na kolację do chińskiej restauracji, w chińskiej dzielnicy. Idąc do niej mijaliśmy wiele lokali, w których nie widać było specjalnego tłoku. Klasa różna, co można było poznać po siedzących w nich klientach. Marek prowadził nas do wtedy najbardziej topowej (jak to określił) z chińskich restauracji. Zarezerwował dla nas stolik. Gdy dotarliśmy na miejsce, byłem bardzo rozczarowany wystrojem lokalu. U nas mówiło się na taki „późny Gierek”, a gdy zobaczyłem stojącą kolejkę chętnych do wejścia przypomniały mi się znów nasze kolejki z czasów komuny, np. po papier toaletowy! Natomiast smaki i widoki tego, co nam serwowano do dzisiaj sobie czasem przypominam, oczywiście zupełnie nie pamiętając nazw tych wielu spożytych potraw! Na drugi dzień, w powrotnej drodze, Klimek ciągle powtarzał, że „czuje cały czas w żołądku te wczorajsze robale”!
Przy stoliku obok nas siedziała para dobrze ubranych i przyjemnie pachnących Francuzów, oboje tacy dobrze po pięćdziesiątce (wiekiem!). Dodam, że stoliki były czyste, ale pokryte ceratą w kratkę! Takie jak nasze stołówkowe! Zauważyliśmy, że sąsiedzi ze stolika obok, wsłuchują się w toczone przez nas rozmowy. W pewnym momencie Pani nie wytrzymała i zapytała Marka, czy jesteśmy… Bułgarami? Po uzyskaniu wyjaśnienia, jeszcze przez kilkanaście minut Marek objaśniał im, kim jesteśmy i co robimy w Paryżu – po czym zajęliśmy się sobą, oni też. Marek i Klimek, po ich wyjściu stwierdzili (obu musiałem wierzyć, bo wiedzieli, o czym mówią – jeden zajmujący się antykami zawodowo, drugi amatorsko!), że zarówno Pani, jak i Pan mieli na sobie (klejnoty i inne precjoza) warte tyle, że pozwoliłoby to nam, oczywiście po spieniężeniu, wrócić do Polski nowoczesnym mercedesem! Dlaczego to wspominam? Bo ten lokal był naprawdę topowy! W nocy po powrocie z kolacji, jeszcze przed pożegnaniem się z nami, pamiętam, jak w liście do naszych żon, Marek napisał, …”Klimek i Marek byli tak samodzielni, że zobaczyli w Paryżu miejsca, o których ja, mieszkając tutaj od tylu lat, nawet nie wiedziałem, że są!”

W czasie krótkiej przerwy w drodze powrotnej do Polski znajomy niemiecki winiarz dał jeszcze Klimkowi krótką, popołudniową naukę z uprawy winorośli…

… i do domu.
A tam czekała firma i nasze prace (powinienem chyba zacząć od Rodzin?).
W Łodzi, poza parkami, robiliśmy na zlecenia różnych instytucji, w tym sporo dla ROM-ów z Bałut i Polesia. Były to często posesje, na których stały stare budynki, ale i rosły stare drzewa. Ich zdjęć wtedy nie robiłem, jednak gdy odnalazłem ostatnio notatki z ich adresami, postanowiłem zobaczyć, czy w ogóle te drzewa jeszcze istnieją i jak wyglądają? Oto mały rekonesans z marca br. po „zwykłych-niezwykłych” miejskich drzewach robionych przez nas jesienią 1995 roku.




Trudno mi powiedzieć, czy te drzewa były po nas jeszcze robione, bo w przypadku cięć, w przeciwieństwie do innych zabiegów, nie zawsze można to jednoznacznie stwierdzić – choć wobec niektórych mam pewność, że tak było. Te typowe dla łódzkich posesji widoki pokazuję, aby pokazać, że lokalna społeczność nie zawsze ma negatywny wpływ na los drzew. Często, choć nie zawsze, dzięki nim mają one większą szansę na przetrwanie, mimo że nie są ani najbardziej urodziwe, a tym bardziej „pomnikowe”!
Dlatego trudno mi się pogodzić z faktem, w jakim stanie znajduję, jeżdżąc po Łodzi, te najcenniejsze drzewa naszego miasta, którym nadano specjalną prawną ochronę, jednocześnie gwarantując im w ten sposób opiekę, również tę czynną (patrz uchwała RM)!
Wiele z nich w ostatnich latach bardzo „podupadło na zdrowiu”, a niektórych już nie ma w środowisku naszego miasta. Niektóre z jeszcze rosnących czeka niestety w najbliższym czasie ten sam los. A wszystko to przez zaniechanie ich pielęgnacji w ostatnich latach!

Tymczasem grupa „koszalińska”, do której na trzeci dzień po powrocie z Paryża pojechał Klimek, wykonywała szereg prac przy pomnikach przyrody na terenie całego województwa.
Kontynuowaliśmy też prace na opisywanej już wielokrotnie alei bukowej. Jednak jedno z tych zleceń okazało się wyjątkowe. Otrzymaliśmy zaproszenie ze Złocieńca, żeby w tamtejszym zabytkowym Parku Żubra wykonać pielęgnację drzew, m.in. kilku pomników przyrody, a pośród nich bajecznie piękną, a przy tym starą, aleję grabową! Położona na lekkim zboczu, aktualnie jakby na skraju parku, świadomie kiedyś przez niemieckich ogrodników „zaplatana” górnymi pędami i gałęziami, utworzyła coś w rodzaju tunelu. Widowiskowa o każdej porze roku, zarówno w liściach jak i bez nich, szczególnie piękna w słoneczny jesienny dzień, kiedy liście tych grabów zachwycają swoją złotą barwą, zarówno w koronach, jak i tworząc barwny dywan na alejce. Warta zobaczenia, nie tylko przez „drzewnych koneserów”, ale przez każdego, komu nieobce są takie doznania estetyczne! Widziałem ją ostatnio w 2019 roku. Nadal zachwycała, mimo widocznych wypadów pojedynczych drzew. Mam w swoim archiwum bardzo wiele jej zdjęć i chcąc ją tutaj zaprezentować miałem problem z ich wyborem, dlatego pokażę ich wyjątkowo więcej niż robię to zwykle w przypadku jednego obiektu, mając nadzieję, że mi to zostanie wybaczone przez Czytelników. Prezentowane zdjęcia robiłem na przestrzeni ponad dwudziestu lat, o różnych porach roku i w różnych porach dnia! Niestety brak mi zimowego zdjęcia tej alei. Wyobrażam sobie, że „w białej pierzynie” w pełnym słońcu, musi być równie piękna!











W Parku Żubra w Złocieńcu, położonym w pobliżu urokliwej rzeki Drawy, rosną ponadto okazałe pomnikowe dęby, buki, lipy, stare cisy. Złocieniec pamiętam również i z wielu innych wydarzeń, w tym tego najbardziej chyba sympatycznego, kiedy to 22 kwietnia 2004 roku, w Światowy Dzień Ziemi, miałem krótkie wystąpienie o drzewach dla przeuroczych przedszkolaków, a później „poważny” wykład o profesjonalnej pielęgnacji starych drzew dla dorosłych!

Prace w Złocieńcu (m.in. w parku) wykonywaliśmy na przestrzeni kilkunastu lat, a ostatnie z nich wykonaliśmy w 2009 roku. Później byłem tam albo prywatnie, albo jako Rzeczoznawca. Chyba dobrze sprawdziliśmy się jako firma, skoro Burmistrz Złocieńca zgodził się wydać nam po kilku latach współpracy poniższy list referencyjny:

Ten niewątpliwie bogaty w wydarzenia, zarówno w naszej firmie jak i wokół nas, rok 1995, kończyliśmy na Pomorzu Środkowym wspólnym występem (Klimek i Ja) na początku grudnia w audycji Radia Koszalin nt. ochrony starych drzew. Akurat byliśmy w tym czasie razem. Klimek kończył z brygadą różne prace, a Ja je „sprzedawałem” (odbiory, faktury etc.)! Natomiast Łódź i okolice zamykaliśmy m.in. wspomnianymi pracami w Łowiczu (akurat w grudniu pracowaliśmy nad Bzurą) oraz na cmentarzach w Radomsku. Mieliśmy również ciekawe zlecenie związane z uporządkowaniem parku (ogrodu?) wokół zabytkowej willi łódzkiego przemysłowca, położonej w Skotnikach przy Lesie Łagiewnickim, która została nabyta przez osobę prywatną. Zarówno budynki, jak i teren przyległy, wymagały wielu prac remontowo-rewaloryzacyjnych, jako że w okresie „dawnej władzy” pełnił funkcje prowadzące w efekcie do jego dewastacji. Ten fakt plus późniejsze kilkuletnie „porzucenie” spowodowało, że jego stan – mówiąc kolokwialnie – „nie był najlepszy”. Zakres naszych prac obejmował zarówno czyszczenie parku/ogrodu z samosiewów, jak i pielęgnację starodrzewia.
Takimi zawodowymi „dokonaniami” kończyliśmy 10-ty rok istnienia naszej firmy!
Dla historycznej poprawności powinienem jeszcze wspomnieć, że na początku listopada zaprosiliśmy do Łodzi wielu przyjaciół, znajomych oraz osoby, którym w ciągu tych pierwszych 10 lat naszej firmy wiele zawdzięczaliśmy, od strony zawodowej jak i przyjacielskiej!
Obecnie nazywa się to „eventem”, ale my po prostu zaprosiliśmy wtedy wszystkich na imprezę jubileuszową. Wielu uczestników zapamiętało ją za przyczyną okolicznościowego tortu. W trakcie jego zamawiania przyjmująca zamówienie osoba niedokładnie sobie chyba zapisała, albo nie dosłyszała treści okolicznościowego napisu, jaki miał się na nim znaleźć. W efekcie zamiast „10 lat Chirurgii Drzew” znalazło się „10 lat Chirurgii Dziecięcej”! Prawie jak w skeczu jednego z polskich kabaretów. O tym, że tego nie zmyślam niech zaświadczy poniższe zdjęcie.

A tort był pyszny!
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego TUTAJ.

