Chciałbym powrócić do parku dworskiego w Krasnowie koło Bolimowa, w którym od listopada 1985 do grudnia 1987 pracowaliśmy z Klimkiem przy „odzyskiwaniu” parku po wieloletniej zapaści, usuwając z niego hektary niekontrolowanych przez lata rozrośniętych w nadmiarze i pousychanych krzewów (głównie śnieguliczki i czarnego bzu), powalone, pozawieszane na innych i połamane drzewa, a także wykonaliśmy pielęgnację kilkuset drzew, które miały pozostać w parku, w tym 3 dębów pomników przyrody.

Park ten miał łącznie ok. 5 ha i sięgał brzegów przepięknej i prawie dzikiej rzeki Rawki. Wzdłuż jej nurtu odbywaliśmy liczne spacery, w chwilach wolnych od pracy, a na jej brzegu często odpoczywaliśmy w trakcie odwiedzin naszych rodzin.

Tam w Krasnowie, w trakcie tych wielomiesięcznych prac wykonywanych przez naszą dwójkę, spędzając ze sobą 24 godziny na dobę, dotarliśmy się na tyle, że pozwoliło to nam spędzić w tym zawodowym tandemie 30 lat bez praktycznie żadnego większego konfliktu.
Ta, z pierwotnego założenia biznesowa spółka, przeistoczyła się w przyjaźń, która trwa do dzisiaj. Życzę każdemu, aby na swoje drodze spotkał takiego Człowieka, jakim jest Klimek!
Powie ktoś, po co to wyznanie… Ano dzięki temu dzisiaj mogę się dzielić tymi wspomnieniami.
W tym tandemie, na początku, to Klimek był wyedukowanym i doświadczonym ogrodnikiem i przyrodnikiem. Ja byłem zupełnym „nowicjuszem”! To dzięki niemu zdobywałem nowy zawód i poznawałem nowych ludzi, ale nowe miejsca… poznawaliśmy już razem.
Jeszcze w trakcie naszych prac, w ich końcowej fazie, zaczęto w parku wykonywać inne prace związane z odnowieniem i utwardzeniem alejek, rekultywacją trawników i budową różnych elementów zieleni. Bardzo dużo pomagał w tym Klimek, który miał sporą praktykę w efekcie wieloletniej pracy w tej branży. Za rewaloryzację parku przy Pałacu Radziwiłłów w Nieborowie (w czasie pracy w Lidze) otrzymał nawet nagrodę Ministra Kultury!


Nim przejdę do opowieści o innych miejscach naszych peregrynacji zawodowych przytoczę jeszcze dwie z anegdot z okresu prac w Krasnowie. A uzbierało się ich sporo. Może kiedyś w innej formie znajdzie się na nie okazja! Np. o Dzidzi i Stefanie, którzy byli palaczami w dworze i zaopatrywali nas w artykuły spożywcze (park był kilka kilometrów za miasteczkiem gdzie znajdowały się sklepy, a oni stamtąd przyjeżdżali), czy o synu bogatego sadownika nazwiskiem Trzonek, którego „wielbili” i na którego co wieczór oczekiwali w miejscowej knajpie „bywalcy”.
Wykonując cięcia w koronach drzew w parku, korzystaliśmy jeszcze z podnośnika wypożyczonego z firmy sprzętowej z Łodzi, która obsługiwała różne budowy. Po kilku tygodniach dograliśmy się z operatorem tej maszyny (my we dwóch byliśmy w koszu) Andrzejem, dzięki czemu świetnie wyczuwał nasze „potrzeby” tam na górze i bardzo rzadko zdarzało mu się „zablokować” nam prace np. poprzez przyciśnięcie piły, czy … ręki do konaru. Chyba i jemu (operatorowi) ta praca się spodobała, bo po pewnym czasie zatrudnił się u nas i….. pracował przez 18 lat, będąc do końca najlepszym w pracy ……. z lin w koronach drzew!
Jak już poprzednio wspomniałem, pracowaliśmy wtedy „na całego” bez względu na warunki pogodowe. Sami dla siebie byliśmy wtedy kierownikami i „behapowcami”. W lutym 1987 roku temperatury spadały poniżej minus 20 stopni i to w dzień. Takie to były wtedy zimy!
Któregoś dnia, w tymże lutym, Andrzej wytransportował nas w koronę dużej topoli na tzw. maksa. Zaczęliśmy pracę.. tzn. chcieliśmy ją zacząć, tylko, że pilarka nie dała się zapalić, a ręce w podwójnych rękawiczkach, przymarzały do barierki kosza…
Postanowiliśmy to skończyć.
– Andrzej … Co jest … Opuść nas na dół… (chwila ciszy, a później….kanonada słów nie do powtórzenia) ……. Nie da się …. Wszystko zamarzło….
Po kilku próbach podgrzania instalacji tzw. kopciuchem dał za wygraną, a my z Klimkiem na „okraka” (tak jak się zjeżdżało po barierce schodów), uważając by nie naruszyć swojej męskości, zsunęliśmy się na dół.
Andrzej, przemieszczając się po parku od drzewa do drzewa, nie zawsze do końca opuszczał nas z koszem na dół. Miało to miejsce głównie w alejach oraz przy drzewach pojedynczych lub skrajnych. Nam to też odpowiadało, bo nie traciliśmy czasu na wysiadanie i ponowne wsiadanie do kosz podnośnika, więc wspólnie opanowaliśmy tą „nowatorską” technikę (pamiętajmy, kto był naszym „panem BHP”).
Któregoś dnia, całe szczęście, że pod nieobecność mieszkających w dworze ludzi – młodego małżeństwa, którzy byli z ramienia właścicieli gospodarzami tego obiektu, doszło do niefortunnego acz szczęśliwego… dla nas…. zdarzenia. Przemieszczając się w/w „techniką” zahaczyliśmy koszem (tzn. Andrzej zahaczył, bo my byliśmy w nim) o rosnące na skraju alei drzewo – kasztanowca. Nie było to zbyt duże drzewo, ot ok. 150 cm w obwodzie, ale u nasady jego pnia był duży ubytek wgłębny otwarty!
W efekcie drzewo padło na ziemię szczęśliwie nie robiąc nic złego ani nam, ani maszynie. Dla potrzeby sytuacji, po powrocie gospodarzy, opowiedzieliśmy im, że w czasie ich nieobecności zerwał się silny wiatr, (co faktycznie w owych dniach miewało często miejsce) i powalił drzewo! Po „fachowym” obejrzeniu deliktu przez gospodarza i stwierdzeniu do żony, że …. „ja ci to dawno mówiłem, że kiedyś padnie bo jest słabe”, mogliśmy w spokoju kontynuować nasze prace.
Czas spędzony w Krasnowie i zdobyte tam doświadczenie owocowało przez 30 lat naszej wspólnej pracy zawodowej z Klimkiem i przekształcił się, w trwającą po dzień dzisiejszy PRZYJAŹŃ. A widoki z okien naszego pawilonu do dzisiaj potrafią mi się czasami przyśnić!


Wiedząc, że kończymy prace w Krasnowie pod koniec roku, współpraca zaproponowana nam przez Panią Kierownik Ogrodu Botanicznego w Łodzi, o czym już wspominałem, bardzo nam odpowiadała. Zaopatrzeni w umiejętności pracy z lin w koronach drzew, mogliśmy przystąpić do konkretnych rozmów. Na początku ustaliliśmy, że trzeba dokonać inwentaryzacji alei lipowej i szczegółowo opisać prace, jakie przy tych drzewach należy wykonać.
Zrobiliśmy to jeszcze w 1987 roku, tak, że po zakończeniu prac w Krasnowie, wczesną wiosną 1988 roku przystąpiliśmy do pracy w Ogrodzie Botanicznym.
Oczywiście w tzw. międzyczasie przyjmowaliśmy inne zlecenia na pojedyncze drzewa bądź ich grupy. Były to min. prace w Babsku przy 7 szt. dębów (poza nimi był tam jeszcze jeden, zupełnie martwy, który podobno był wzorem dla dęba na przedwojennym banknocie o nominale 100 zł), w Głupicach – 9 szt. dębów, czy 8 szt. dębów w Rochnie koło Koluszek. Wszystkie one były pomnikami przyrody, niektóre z nich bardzo dorodne i po prostu…. piękne! Prace przy nich polegały głównie na usuwaniu suszu, montowaniu niezbędnych wzmocnień elastycznych i sztywnych oraz prace przy ubytkach, które w owym czasie były w podstawowym zestawie usług oczekiwanych ze strony chirurga drzew!




Głupice wspominam min. z powodu faktu pracy w tym czasie z nasza dwójką autentycznego hrabiego, który na palcu nosił rodowy złoty sygnet. Tam to właśnie w ramach prac usuwaliśmy z wnętrza jednego dęba starą plombę betonową. Wtedy uważaliśmy, że jeżeli można bez większych uszkodzeń drzewa pozbawić go niepotrzebnego balastu, to należy to zrobić. Tak zresztą uważam do dzisiaj widząc efekty ówczesnych zabiegów, ale kto to teraz w ogóle robi… Usuwaniem plomby zajmował się ów hrabia. W którymś momencie nie trafił dobrze młotkiem w beton, ale dobrze trafił w swój palec z sygnetem! Podszedł do mnie, pokazując mi mocno opuchnięty palec, „ no popatrz k…a, jak to wygląda..”
Masz rację… fatalnie… gdybyś trafił w inny palec lepiej by to wyglądało…”
Niedługo po tym zdarzeniu zrezygnował z pracy z nami!



Już to poprzednio pisałem, że oglądające nasze prace po latach nie mamy sobie nic do zarzucenia, a solidnie, po prostu profesjonalnie wykonana praca skutkuje pozytywnie do dziś.
Do końca istnienia 49 województw, rzadko się zdarzało, aby kolejne prace przy tych samych drzewach wykonywała inna firma niż ta, która je podejmowała po raz pierwszy. Była to niepisana, ale przestrzegana i wg mnie bardzo logiczna. No chyba, że zlecający nie był zadowolony, z jakości prac lub firma nie chciała tych kolejnych prac przyjąć, co było rzadko spotykane. Po powstaniu nowych województw różnie to bywało, stąd na „naszych” niektórych drzewach, zastawałem, przy okazji ich oględzin po latach, ślady „nie naszych” prac. Nie było ich jednak wiele, bo też i z chwilą przeprowadzenia wielkich zmian w administrowaniu naszym krajem, zmieniły się priorytety i zasady (przetargi) zlecania prac, a po likwidacji gminnych funduszy ochrony środowiska niewiele się przy najcenniejszych drzewach robiło specjalistycznych prac. Z czasem praktycznie je zaprzestano, bądź ograniczano jedynie do „wymuszonych”.
Po odbiorze prac w Krasnowie mieliśmy trochę kasy m.in. na zakupy sprzętu i widząc rosnące zapotrzebowanie na nasze usługi, zaczęliśmy z Klimkiem rozważać możliwość zatrudnienia pracownika, a może i kolejnych. Pierwszego pracownika zatrudniliśmy w połowie 1988 roku, a następnego kilka miesięcy później.
Jednak na wiosną 1988 roku w Ogrodzie Botanicznym rozpoczęliśmy prace przy alei lipowej jeszcze we dwóch. Ponieważ była to praca obliczona na miesiące udostępniono nam na terenie starego zaplecza Ogrodu (obecnie już nieistniejącego) wiatę na przetrzymywanie naszego sprzętu, który dowoziliśmy na miejsce prac „specjalnym pojazdem” niewydzielającym szkodliwych spalin.

Podział prac był taki jak zawsze. Ja robiłem „swoje”, czyli otwierałem pnie drzew w celu wyprowadzenia wody, a zdarzało się, że wypływało jej z nich nawet kilkanaście wiader. Zakładałem wiązania sztywne w pniach wiercąc otwory pod pręty i frezując pod podkładki, czyściłem i zabezpieczałem ubytki, a Klimek robił „swoje”, czyli wisiał w koronach drzew i usuwał z nich posusz oraz konary i gałęzie „nierokujące”. Zakładał też wiązania linowe przewiertowe, ale w tych momentach, do czasu zatrudnienia pracownika, pomagałem mu również pracując na linach.
Nigdy jednak nie osiągnąłem w tej technice takiej biegłości, jaką miał Klimek, a potem pierwszy nasz „kontraktowy”, czyli Andrzej, ów operator podnośnika! No, ale za to, jako „dolny” byłem niezastąpiony (bo jedyny). Czasami, gdy obaj byliśmy w koronie drzewa podwiązywaliśmy sobie cienkimi linkami potencjalnie potrzebne nam narzędzia, które leżały na ziemi i wciągane były jedynie w razie potrzeby. Wspominając to sobie obecnie, trudno mnie samemu uwierzyć, że tak było!

Po odwodnieniu pni i ich udrożnieniu montowaliśmy rurki odsączające zwane drenami lub sączkami, aby w momencie zarastania otworu roboczego, napływająca do wnętrza pni woda nie gromadziła się w nim ponownie, tylko na bieżąco odprowadzana była na zewnątrz pnia.

W przypadku drzew, których pnie trwale zostały uszkodzone, przepołowione z odspojeniem lub gdy istniało poważne zagrożenie zaistnienia takich zjawisk wzmacnialiśmy wiązaniami sztywnymi. Przy ich montażu należało uważać, dobierając miejsca na ich zamontowanie, aby bezpośrednio pod sobą leżące otwory nie znajdowały się na jedne linii prostej z uwagi na możliwość wywołania pęknięcia wzdłużnego drewna. Jeszcze parę innych zasad wynikających min. z zasad mechaniki i statyki były stosowane, aby poprawnie zamontować te wzmocnienia.

Te z pozoru „niepotrzebnie” zadawane rany drzewom spowodowały, że wraz z upływającym czasem, zarastaniem (gojeniem) zadanych im ran, a także bieżącym monitorowaniem drzew (dzięki konsekwencji Kierownictwa Ogrodu), drzewom tym przedłużyliśmy żywot o kilkadziesiąt lat, a zdecydowana ich większość rośnie w tej alei do dzisiaj.


Rok 1987, a w zasadzie 1988 zapoczątkował naszą wieloletnia współpracę z Ogrodem Botanicznym w Łodzi. Która trwa nadal.
Drzewostan Ogrodu w tym głównie ten, który znajduje się w pobliżu ciągów komunikacyjnych (alejek, ścieżek) oraz miejsc wypoczynku poddawany jest rokrocznie przeglądom, w efekcie których usuwane są na bieżąco potencjalne zagrożenia.
Aleja lipowa, wg inwentaryzacji z 1987 roku, łącznie z odcinkiem poza jej ogrodzeniem od strony ul. Krzemienieckiej, liczyła 116 okazów stanowiący tzw. starodrzew (znajdowało się w niej również kilka okazów młodych drzew, których nie uwzględniono w tej inwentaryzacji). Na niektórych pniach widoczne są jeszcze nadane im wtedy numery malowane wtedy farbą olejną.

Inwentaryzacja wykonana w 2013 roku wykazała istnienie już tylko 103 szt. starych drzew, natomiast łącznie zinwentaryzowano wtedy 153 szt. składające się na aleję. Zachodzą w niej zmiany i występują tzw. „wypady”, w efekcie których następują uzupełniany nowymi nasadzeniami. Ich przyczyną są zarówno zjawiska związane z ich starzeniem czy szkodami powodowanym przez choroby grzybowe i szkodniki oraz coraz częstsze gwałtowne zjawiska atmosferyczne, jak orkan „Ksawery”, który 5 października 2017 roku powalił w Ogrodzie kilkadziesiąt drzew, w tym również kilka sztuk w alei lipowej. Wszystkie te czynniki wskazują jak ważne jest ciągłe monitorowanie drzew i to nie tylko tych rosnących w Ogrodzie Botanicznym, i to nie tylko tych starych, choć one z pewnością wymagają szczególnej opieki choćby ze względu na swoje nieocenione (ale już „wyceniane”) usługi jakie nam świadczą, a przede wszystkim środowisku w którym żyjemy!


Ogród Botaniczny w Łodzi pewnie nie raz jeszcze pojawi się w moich wspomnieniach i to nie tylko za przyczyną alei lipowej, ale w najbliższych mam zamiar „wyjechać” również poza województwo., a nawet kraj!
Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki
Poprzednie odcinki znajdziecie:
Cz. 2 Parki w Krasnowie i Halinie
Cz. 4 Ogród Botaniczny w Łodzi
Cz. 5 Kobiele Wielkie, Odrowąż, Grocholice
cdn.


Piękne wspomnienia! A dęby w Babsku są, trwają. Niestety ubyło ich, w porównaniu do 2015, gdy byłem tam po raz pierwszy (ostatnio we wrześniu 2020). Drzewo przy rzece/leśniczówce, zwane ponoć dębem Napoleońskim (być może nazywano w ten sposób inny dąb, ten „banknotowy”, opisywany przez Pana) w ogóle już nie istnieje, z kolei najokazalszy Quercus robur z okolicy stawu/dworu (7,1m obwodu w 2015) stoi – ale to tylko martwy pień, obcięty na ok.7m.
Reasumując i odejmując – z 7 zostały 4 (w tym jeden z tych 4 mocno uszkodzony, ma ledwie jeden żywy konar, pień obcięty bardzo nisko).
Z tych kilku jeszcze żywych, dąb rosnący przy drodze obok parku/stawu trzyma się wyjątkowo dobrze.
Pomiary oraz inne uwagi są w bazie Rejestru Drzew Pomnikowych. Pozdrawiam 🙂