Klimek zapytał mnie niedawno czy pamiętam drzewo w Zaborze, dęba zwanego „Napoleonem”? W ten sposób wywołał wspomnienia jeszcze sprzed naszej ”prywatki”. Była wiosna 1985 roku. Pracowaliśmy jeszcze w Lidze.

Koledzy z zakładu Ligi w Zielonej Górze zwrócili się do nas, czy nie wykonalibyśmy prac pielęgnacyjnych przy dużym drzewie pomnikowym – dębie? Zakład ten nie miał bowiem pracowników wykonujących takie prace, specjalizował się głównie w produkcji siatki ogrodzeniowej (bardzo popłatna to była wtedy produkcja!). Temat trafił oczywiście do Klimka, bo znany był już w Lidze z podobnych prac przy starych drzewach. Tym razem postanowił jednak, że prace wykona osobiście! Wzięliśmy z Łodzi jedynie pilarki, natomiast całą inną logistykę zabezpieczali koledzy z Zielonej Góry, tzn. bardzo duży podnośnik koszowy (od Straży Pożarnej – której funkcjonariusze byli cały czas na nasłuchu, czy nie trzeba będzie przerywać pracy i jechać do pożaru) oraz inny sprzęt, bowiem drzewo rosło – jak się okazało -na skarpie terasy zalewowej rzeki Odry i od wielu lat zostało „osaczone” krzewami i samosiewami drzew.  Aby móc do niego dotrzeć, trzeba było najpierw mocno oczyścić jego otoczenie. Zrobił to szybko i sprawnie operator malej spycharki zwanej „detem” ( taki ówczesny cud techniki radzieckiej – przeróbki z wojennego sprzętu, innym był słynny „staliniec”). Najstarsi budowlańcy pamiętają być może takie maszyny?

Po uprzątnięciu samosiewów spod korony „Napoleona” (a swoją drogą – ile to starych drzew w naszym kraju powiązano historycznie z Cesarzem Francji, z okresów jego marszu na Rosję?!) można było dopiero wprowadzić pod drzewo podnośnik koszowy, aby Klimek z pomocnikiem mógł dostać się w jego koronę i wykonać cięcia sanitarne. A miał co ciąć. Podobno od czasów niemieckich nic przy nim nie robiono, a niektóre uschnięte i połamane konary miały średnicy po kilkadziesiąt centymetrów. Niejedno dorosłe drzewo rosnące obok nie miało obwodów pnia takich rozmiarów!

Spędziliśmy trzy dni przy tej robocie, a mój wyjazd z Klimkiem (byłem wtedy jego przełożonym – tak się to akurat składało) spowodował, że spodobały mi się stare drzewa, zaimponował mi Klimek swoimi umiejętnościami i sprawnością fizyczną, co zaowocowało później tym, że nie zastanawiałem się zbyt długo, gdy złożył mi „propozycję nie do odrzucenia” o otwarciu naszej własnej firmy! Nigdy później nie widziałem już tego drzewa „na żywo”, natomiast docierały do mnie czasami informacje na jego temat. Wiem, że jeden z naszych bliskich kolegów ”po fachu” prowadził przy nim prace w połowie lat 90-tych (m.in. przy czyszczeniu i zabezpieczaniu jego pnia), i podobno był poddawany zabiegom pielęgnacyjnym jeszcze kilkakrotnie. Nie pamiętam, kiedy, ale dowiedziałem się z mediów, że tak jak nasz „Cygan” z Kluk, został zniszczony przez ludzką głupotę (spalony)!

W 2018 roku trafiły w moje ręce „Wiadomości Polskiego Towarzystwa Dendrologicznego” nr 8, rocznik PTD, w którym autor Krzysztof Borkowski w artykule „Requiem dla Olbrzymów” opisuje jego tragiczny koniec (i nie tylko tego drzewa) zamieszczając m.in. zdjęcie zrobione na miesiąc przed tragedią, na którym widać jeszcze jego ówczesną potęgę, oraz zdjęcie z jego dogaszania w dn. 15.11.2010 r.!

Dąb Napoleon w Zaborze
Zabór koło Zielonej Góry. Rok 1985. Dąb „Napoleon” w całej okazałości!. Teren przygotowany, za chwilę podjedzie podnośnik koszowy. (zdjęcie – skan ze slajdu na kliszy ORWO)
Dąb Napoleon w Zaborze
Zabór koło Zielonej Góry. Rok 1985. Dąb „Napoleon”. Podnośnik wynajęty od Straży Pożarnej w akcji. (zdjęcie – skan ze slajdu na kliszy ORWO)
Dąb Napoleon w Zaborze
Zabór koło Zielonej Góry. Rok 1985. Dąb „Napoleon”. Klimek na drzewie, w trakcie pracy. Prawie go nie widać – i to nie tylko ze względu na jakość zdjęcia! (zdjęcie – skan ze slajdu na kliszy ORWO)
Dąb Napoleon w Zaborze
Zabór koło Zielonej Góry. Rok 1985. Dąb „Napoleon”. Klimek pracujący na drzewie (przerwa na naciągnięcie łańcucha) na tle konarów drzewa! (zdjęcie – skan ze slajdu na kliszy ORWO)
Dąb Napoleon w Zaborze
Zabór koło Zielonej Góry. Rok 1985. Dąb „Napoleon”. I po robocie! W środku Klimek w służbowym „ubranku”, z lewej nasz kierowca z Ligi, Witek, z prawej autor. Widać ogrom drzewa! (zdjęcie – skan ze slajdu na kliszy ORWO)
Dąb Napoleon w Zaborze
Zabór koło Zielonej Góry. 15.11.2010. Dogaszanie „Napoleona”. (zdjęcie opublikowane w nr 8 „Wiadomości PTD” str. 19 autorstwa Pawła Janczaruka)

Wracam do wspomnień „prywaciarza”.

W roku 1989 po raz pierwszy wyjechaliśmy „w Polskę”, czyli poza tereny, który obecnie wchodzą w skład województwa łódzkiego. Otrzymaliśmy zlecenie od Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody z Nowego Sącza na wykonanie prac przy pomnikach przyrody w Krościenku nas Dunajcem. Chyba dobrze wykonaliśmy te prace, bo w późniejszych latach robiliśmy w tamtych okolicach również wiele innych prac, m.in. wspólnie z zespołami z Krakowa – ale o tym w kolejności zdarzeń.

Jechaliśmy do Krościenka naszym „Żukiem” całym zespołem, tzn. Klimek, Ja, Andrzej i „Wuja”. Na zmianę prowadziliśmy z Andrzejem, bo pozostali dwaj nie mieli wtedy jeszcze prawa jazdy. Drogi były inne, jechało się zdecydowanie wolniej, a więc dłużej po złych nawierzchniach. Późnym popołudniem, w czasie przejazdu przez Mszanę Dolną, kiedy ja prowadziłem, spowodowałem wypadek. Na ostrym zakręcie przy wjeździe na most nad rzeką Mszanką, załapałem nierównego pobocza i „położyłem” samochód na boku. Najbardziej ucierpiał Andrzej i samochód. Milicja, szpital dla Andrzeja (na szczęście na miejscu), telefon do naszego przyjaciela Andrzeja Szczocarza, ówczesnego Dyrektora Pienińskiego Parku Narodowego! Z Krościenka przyjechał samochód, który zabrał nas, nasz sprzęt (niewiele ucierpiał) i nasze rzeczy osobiste, ale Żuka trzeba było zostawić do naprawy (głównie blacharskiej) w Mszanie w miejscowym zakładzie. Po kilku dniach odebraliśmy Andrzeja ze szpitala i samochód z naprawy. Z takimi to przygodami zaczęliśmy nasze zawodowe wyprawy w Polskę, ale mimo tych perturbacji nie zniechęciło to nas do kolejnych wyjazdów.

Bazą noclegową w Krościenku był dla nas dom „Celnika” – Pana, którego nazwiska nie pamiętam, a który faktycznie pracował wtedy na granicy z Czechosłowacją. Zgodził się wynająć naszej ekipie pokoje (za pośrednictwem zaprzyjaźnionego Dyrektora Pienińskiego Parku Narodowego) za jakieś godziwe dla obu stron wynagrodzenie. Korzystaliśmy z tej jego gościnności jeszcze kilka razy.

Krościenko 1989
Krościenko. Rok 1989. Od lewej „Wuja”, A. Szczocarz, Klimek przed domem „Celnika”.
Pomnikowe lipy w Krościenku.
Krościenko. Rok 1989. Pomnikowe lipy na ul. Kingi. (Powyższe zdjęcia to skan ze slajdu wykonanego na kliszy ORWO!)

Niestety z tego pierwszego wyjazdu zachowało się w moim archiwum niewiele zdjęć. Chyba za przyczyną tej całej nerwowej sytuacji z wypadkiem w drodze, nie miałem do tego za bardzo głowy! A poza tym z zespołu ubył nam Andrzej, najbardziej poszkodowany w wypadku, który wrócił po wyjściu ze szpitala (był w nim tydzień) do Łodzi, więc miałem co robić obsługując z dołu dwóch „górnych” – tym bardziej, że robiliśmy wtedy drzewa rosnące przy ulicach. Poznaliśmy tam wielu ciekawych i oryginalnych ludzi – m.in. Pana, którego nazwaliśmy „Faradaj”. Prosił o zamontowanie na rosnącym obok jego domu dużym drzewie liny, do której domontuje sobie jakieś urządzenie, i gdy będzie wiał wiatr będzie mu ono produkowało prąd!  Z tego, co wiem, to ta lina bardzo długo wisiała „bezrobotna” na drzewie!

Ale pomysł …extra!…..Nie????

 Z prac w pobliżu Łodzi  chciałbym wspomnieć tą w Jeżowie gm. Wola Krzysztoporska. Rośnie tam największy znany mi okaz wiązu szypułkowego. Ponieważ rośnie on w pobliżu dawnej „gierkówki”, obecnie przerabianej na autostradę, często do niego zaglądam i wiem, że aktualnie ma „w talii” około 8 m! Jestem w posiadaniu „Przewodnika po województwie Łódzkim” wydanego 1971 roku prze Ligę Ochrony Przyrody autorstwa prof. Romualda Olaczka. W powiecie piotrkowskim wymieniany jest ten wiąz „…przy drodze do Rozprzy wiąz szypułkowy, najpiękniejszy w województwie, o obwodzie 6,8 m ( w 1967 r.), pomnik przyrody. ….” (podkreślenie moje). Jak inne stare drzewa przeszedł on w swoim życiu wiele. Kiedy przyjechaliśmy do niego po raz pierwszy wyglądał bardzo okazale, tym bardziej, że rósł (i nadal rośnie) jako zupełny samotnik!

Wiąz szypułkowy w Jeżowie
Jeżów. Rok 1989. Wiąz szypułkowy – pomnik przyrody. (Powyższe zdjęcie to skan ze slajdu wykonanego na kliszy ORWO!)

W jego pobliżu nie było w ogóle innych większych roślin. Pojedyncze zabudowania i po horyzont pola uprawne. Na pniu była zwieszona kapliczka – krucyfiks, a u nasady pnia pomiędzy nabiegami korzeniowymi stara plomba betonowa z jakimiś śladami po napisach wyrytych chyba w świeżym betonie?

Wiąz szypułkowy w Jeżowie
Jeżów. Rok 1989. Wiąz szypułkowy – pomnik przyrody. (Powyższe zdjęcie to skan ze slajdu wykonanego na kliszy ORWO!)

Usunęliśmy z niego jedynie susz oraz podnieśliśmy lekko skrajnię nad jezdnią drogi powiatowej. W połowie lat 90-tych wichura wyłamała dwa jego górne konary przewodnie oraz kilka konarów bocznych. Dokonaliśmy wtedy korekty tych wyłamanych konarów. Drzewo się świetnie zregenerowało i odbudowało koronę. W bardzo dobrej kondycji trwa do dzisiaj. Nie wiem jednak, jaki wpływ na przyszły jego stan będzie mieć wielka budowa trwająca aktualnie w pobliżu.

Wiąz szypułkowy w Jeżowie
Jeżów. Rok 2013. Wiąz szypułkowy – pomnik przyrody. Stara plomba betonowa.
Wiąz szypułkowy w Jeżowie
Jeżów. 22.05.2014. Wiąz szypułkowy – pomnik przyrody
Wiąz szypułkowy w Jeżowie
Jeżów. 14.10. 2020. Wiąz szypułkowy – pomnik przyrody. W tle hałdy ziemi na budowie autostrady.

Kiedy rozpoczynaliśmy prace na początku roku 1989, a nawet w jego trakcie, nie przypuszczaliśmy, że wiosna i lato tego roku zmienią zupełnie nasze życie – tak samo jak życie całego naszego kraju. O powołaniu na pierwszego nie komunistycznego premiera RP Tadeusza Mazowieckiego dowiedzieliśmy się z Klimkiem w czasie urlopu spędzanego wspólnie na Mazurach. Tak, tak… nawet urlopy spędzaliśmy wtedy wspólnie (był z nami również „Wuja”, nasz pracownik – sic!).

Mazury, 1989
Mazury, sierpień 1989. Za chwilę dowiemy się z radyjka (na stoliku) o wyborze T. Mazowieckiego na Premiera. (W środku Klimek, z prawej Boguś, czyli „Wuja”).
Mazury 1989
Mazury, sierpień 1989. W oczekiwaniu na śniadanie. Z lewej widoczny tył naszego pojazdu wożący nas i nasz turystyczny sprzęt na urlopy – czyli firmowy „Żuk”! (Oba powyższe zdjęcie to skany ze slajdu wykonanego na kliszy ORWO!)

Z ciekawszych prac, a może bardziej ze względów prestiżowych, chciałbym wspomnieć jeszcze jedno miejsce naszych prac w roku 1989. Ogród przy Muzeum Miasta Łodzi, czyli przy Pałacu Poznańskiego. Nikt wtedy jeszcze nie myślał o Manufakturze, bo pełną parą działały obok Zakłady Przemysłu Bawełnianego „Poltex” (dawny Marchlewski), gdy dostaliśmy zlecenie na wykonanie rutynowej pielęgnacji porastającego tam drzewostanu. Ot, praca jak praca tyle, że w pięknym miejscu. Byliśmy z pracami jako firma w tym ogrodzie jeszcze kilka razy. Wiem, że po nas pracowało tam kilka firm, m.in. gdy zaczęto tworzyć „Projekt Manufaktura”. Różne firmy wykonywały tam różne prace, ale i w historii naszej firmy to prestiżowe miejsce Miasta Łodzi  istnieje! Niestety nie mam z tych pierwszych prac żadnych zdjęć. Podobnie jak brak mi zdjęć z Parku Przypałacowego w Skierniewicach, w którym to również wykonywaliśmy prace w 1989 roku.

Nadchodziły lata 90-te XX w., z których pierwszą połowę wspominamy jako najlepszy okres w działalności naszej firmy. Już za moment znajdą się one w moich opowieściach.

Policzyłem kiedyś, ile pomników przyrody udało nam się poddać zabiegom w naszej pierwszej (nie pełnej) 5-cio latce (od X. 1985 do XII. 1989) –  i wyszło mi około 100 szt. (bez alei lipowej w Ogrodzie Botanicznym w Łodzi). Piszę – około – bo na pewno jakieś mi umknęły? Biorąc pod uwagę, że przez dwa lata byliśmy tylko we dwójkę i że wykonywaliśmy również w tym czasie inne prace (w tym park w Krasnowie i prace w Ogrodzie Botanicznym), to wynik jest całkiem, całkiem…..

W ostatnich kilku latach pojawiło się wiele wspaniałych publikacji poświęconych najcenniejszym polskim drzewom. Mam tu na myśli m.in.:

Mocarze czasu. Pomnikowe drzewa w świecie i na Ziemi Łódzkiej. J. Hereźniak. ŁTN. 2013

Drzewa Polski. Najgrubsze-Najstarsze-Najsłynniejsze.  P. Zarzyński, R. Tomusiak, K. Borkowski. PWN i Lasy Państwowe.2016

Drzewa Ziemi Łódzkiej. P. Wypych. Urząd Marszałkowski Województwa Łódzkiego.2019

Okładka książki "Drzewa Polski"
Okładka książki "Drzewa Ziemi Łódzkiej"

We wszystkich tych wydawnictwach znajdują się opisy, a przede wszystkim piękne zdjęcia drzew. Wśród tych, które rosną (lub rosły) na terenie obecnego województwa łódzkiego i były poddawane zabiegom pielęgnacyjnym, duża ich część przeszła przez „nasze ręce”. Nie ukrywam, że przeglądając te wydawnictwa mam wielką satysfakcję, że dzięki naszej pracy drzewa doczekały się takich „sesji zdjęciowych”! Szczególnie mam dużą frajdę, gdy w opisach drzew znajduję taki oto fragment…” drzewo w dobrym stanie, bez śladów prowadzonych przy nim prac”.  Toż to jest największy komplement, jaki w tym zawodzie można usłyszeć! Takie zdania padają m.in. na temat tzw. Lipy Reymonta w Prażce, o której będę jeszcze wspominał, a przy której prace wykonywano jeszcze brygadami Zakłada Zadrzewień Zieleni i Rekultywacji LOP.

Lipa Reymonta w Prażce
Prażka. Rok 1984. Przy Lipie Reymonta. (Powyższe zdjęcie to skan ze slajdu wykonanego na kliszy ORWO!)

I na koniec o jeszcze jednym drzewie chciałbym wspomnieć – jednym z tych częściowo zapomnianych. Był to na pewno dąb – pomnik przyrody. Rok 1987, późna jesień-listopad. Gdzieś w woj. piotrkowskim, ale nazwa wsi niestety umknęła z pamięci (i to nie tylko mnie), w jego części bliskiej terenom kielecczyzny, czyli południowo-wschodni rejon województwa.

Mieliśmy w ogóle problem ze znalezieniem tego miejsca. Jakaś miejscowa starsza pani (kiedyś się mawiało „babina”) wskazała nam je w końcu „… a to stare drzewo?, o to tam pod lasem…”. Prace – rutyna. Klimek na górze, ja przy ubytku wgłębnym. Podzielność uwagi między potrzebami Klimka i moją pracą oraz, żeby….. nie oberwać czymś z góry! Do tego dzień był ponury, po prostu listopad.

Dąb w piotrkowskim
Listopad 1987. Gdzieś w woj. piotrkowskim. Klimek w czasie pracy na dębie. (Powyższe zdjęcie to skan ze slajdu wykonanego na kliszy ORWO!)

W trakcie czyszczenia wnętrza ubytku, znalazłem kawałek surówki szkła, tzw. „kęs”, który był wrośnięty od wewnętrznej strony pnia dosyć wysoko nad ziemią. Przechowuję go do dzisiaj! Wg późniejszych dociekań dowiedzieliśmy się, że kiedyś dawno na tym terenie były liczne huty szkła wytapianego z miejscowych surowców. Drzewo wyrosło na tych odpadach i je „wchłonęło”, albo… ktoś wrzucił ten kawałek do jakiejś dziupli np. po odłamanej gałęzi?

Wielokrotnie mnie pytano, czy w trakcie naszych prac coś znajdowaliśmy we wnętrzu oczyszczanych pni drzew. Oczywiście w podtekście w rachubę wchodził jakiś „skarb”. Niestety poza szczątkami ludzkimi (drzewa na cmentarzach lub w pobliżu starych kościołów), najczęściej były to składowiska bezwartościowych śmieci. Raz znaleźliśmy list datowany na rok 1951 lub 1952, który gdzieś mi się niestety zapodział, a pisany ręką gajowego opisujący ówczesną rzeczywistość. Było to związane z ceglaną plombą, którą wtedy wykonano w tym drzewie. Niestety na żaden „prawdziwy skarb” nie trafiliśmy. O przepraszam, dla mnie najprawdziwszym skarbem jest ów kęs szkła.

"Skarb" z wnętrza dębu
Wydobyty z wnętrza dębu „ skarb”.

Tekst i zdjęcia: Marek Kubacki

Poprzedni odcinek Opowieści Marka Kubackiego znajdziecie TUTAJ.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *